„Trudno mi sobie wyobrazić, żeby pogoń za ocenami w liceum aż tak znacząco definiowała przyszłość” – Natasza Beck-Kużelewska, CEO edutech Elechos
W szkole premiowano tych, którzy najlepiej odtwarzali materiał. W epoce AI coraz mniej brakuje nam ludzi, którzy znają odpowiedzi, a coraz bardziej tych, którzy umieją zadawać dobre pytania. Czy czerwony pasek jest jeszcze sygnałem talentu, czy raczej certyfikatem posłuszeństwa poznawczego?
Nie jest to dychotomia: może być świadectwem każdej z tych rzeczy z osobna albo każdej z nich jednocześnie. Oceny nie są ustandaryzowane – jest to, swoją drogą, jedna z przyczyn, dla których założyliśmy firmę zajmującą się algorytmicznym diagnozowaniem. W jednej szkole zdobycie paska jest drobnostką, w innej – prawdziwym wyzwaniem. Zgodzę się jednak co do tego, że obecny program jest przeładowany treścią, a ze względu na mnogość przedmiotów na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej i świadectwie dojrzałości trudno jest uzyskać najwyższą możliwą średnią, będąc po prostu uzdolnionym. Trzeba aktywnie włożyć wysiłek w zdobycie najwyższych ocen także z mniej istotnych przedmiotów, które często „przeszkadzają” w nauce do matury.
Jeżeli AI potrafi dziś streszczać, liczyć, kodować i robić research szybciej niż najlepszy uczeń w klasie, to czego szkoła średnia powinna naprawdę uczyć przyszłych founderów: wiedzy, odporności, smaku, ambicji, sprzedaży, konfliktu?
Szkoła średnia nie jest od kształcenia founderów. Znaczna mniejszość absolwentów szkół średnich zostanie przedsiębiorcami, a ci, którzy wejdą na tę drogę, wejdą na nią ze względu na uwarunkowania charakteru. Founder w dużej mierze kształci się sam. Prędzej powinniśmy postawić pytanie: jakich cech powinny uczyć młodych ludzi programy mentoringowe, staże i akceleratory, bo tam trafiają konkretne osoby w konkretnym celu.
Szkoła średnia, jako instytucja w swojej naturze uniwersalna, powinna docierać do uczniów z uniwersalnym przekazem. Należy zdać sobie sprawę z tego, jakie kompetencje są kluczowe w nowej rzeczywistości. Moim zdaniem są to: umiejętność krytycznego myślenia, konieczna do weryfikacji informacji; samodzielność w podejmowaniu decyzji – zwłaszcza tych dotyczących wyboru ścieżki życiowej, która niekoniecznie musi być ścieżką przedsiębiorcy; umiejętność samodzielnego projektowania i patrzenia „z lotu ptaka” na problemy, bo w przyszłości większość pracy drobiazgowej będzie wykonywana inaczej niż dziś; oraz – może nie tyle konflikt, co współpraca, zwłaszcza w zatomizowanym świecie, w którym młodzi ludzie kryją się za ekranami i nie wykształcają odpowiednich zdolności socjalizacji.
Czy zna Pani przedsiębiorców, którzy byli szkolnymi prymusami, ale później mieli problem z ryzykiem, chaosem i porażką? Innymi słowy: czy perfekcyjna średnia może być czasem pierwszą antylekcją przedsiębiorczości?
W pewien sposób znamienne jest to, że nie wiem wiele o szkolnej przeszłości przedsiębiorców, a prywatnie i zawodowo znam ich bardzo wielu. Szkoła średnia nie wydaje się aż tak ważna w skali całego życia; o wiele istotniejsze są w tej kwestii studia wyższe. Jeżeli chodzi o te osoby, których nastawienie do szkoły znam lepiej, to są to osoby, które miały do szkoły stosunek raczej lekceważący – i sama zresztą się do nich zaliczam. We wczesnej młodości jest też miejsce na arogancję, która na szczęście zazwyczaj przechodzi z wiekiem.
A czy perfekcyjna średnia może być antylekcją przedsiębiorczości? Jestem zdania, że tak jak trudno jest przedsiębiorczości nauczyć, tak trudno jest też ją z człowieka wykorzenić. Przedsiębiorcy dobrze wiedzą, jak ważne jest zarządzanie priorytetami, a bardzo wielu z nich żyje w myśl maksymy „better done than perfect”. Niedoszli młodzi founderzy często intuicyjnie czują, w jaki sposób lokować swoje zasoby i objawia się to już na wczesnym etapie. I choć na pewno jest wielu przedsiębiorców, którzy byli prymusami, to trudno mi sobie wyobrazić, żeby pogoń za ocenami w liceum aż tak znacząco definiowała przyszłość. Każdy przedsiębiorca będzie musiał zmierzyć się z ryzykiem, chaosem i porażką już na samym początku swojej drogi – i szybko zweryfikuje, czy to na pewno droga dla niego.
„Nauczyciel może być przewodnikiem lub egzekutorem” – Karol Matczak, prezes zarządu Warsaw University of Technology Investment Factory
Czy miałeś czerwony pasek na świadectwie — i czy z perspektywy budowania firmy bardziej pomogła Ci umiejętność uczenia się systemu, czy raczej umiejętność obchodzenia systemu?
Nie, ja nie zdałem za pierwszym razem matury z polskiego. W młodości dużo czasu poświęcałem sportowi. Często wracałem o 22.00 wykończony po 2 treningach, nieraz poobijany. Pamiętam, że kiedyś zasnąłem na podłodze, nawet nie wziąwszy prysznica. Dopiero na studiach zabrałem się za naukę i zdobyłem stypendium na Politechnice Warszawskiej.
Dziś czuję (lub przynajmniej oszukuję się), że ta droga sporo mi dała – sport determinację i umiejętność radzenia sobie ze stresem. Nauka, pasję do… nauki, rozwoju, zdobywania wiedzy, która jest przydatna lub ciekawa. A to, czy obchodzimy system zależy od tego, co oferuje system. Jeśli zadawane prace są odtwórcze i „na zaliczenie”, czasem nawet nie do końca sprawdzane, to nie ma co się dziwić, że zaangażowanie jest niskie. Jeśli system motywuje do odkrywania, przedstawia opinii, dyskusji, podważania różnych założeń, poszukiwania to jak to obejść?
Jakiś czas temu pytałem u syna w szkole, jak radzą sobie z korzystaniem z AI przez uczniów. Jak korzystać ze sztucznej inteligencji? Usłyszałem jedynie, że „to widać”, gdy ktoś nie pisze pracy samodzielnie. Czyli obecnie system nie nadąża za rozwojem. A młody człowiek ma w ręku całą wiedzę świata, coś czego poprzednie pokolenia nie doświadczyły.
Próbujemy złamać kręgosłup młodych ludzi, zmuszając ich do nauki umiejętności, które nigdy się nie przydadzą, tłumacząc to wyłącznie ocenami i egzaminami. Wyobrażam sobie, że podobnie łamano kręgosłupy młodym ludziom marzącym o lataniu przed nastaniem ery samolotów czy o elektronicznych mózgach przed nastaniem komputerów. W tych przypadkach system uczy obchodzenia systemu, a nawet go wymusza. Na szczęście są młodzi ludzie, którzy potrafią to robić z korzyścią dla siebie.
Polski founder często słyszy: „najpierw dowieź KPI, potem marz o globalnym rynku”. Czy szkoła z czerwonym paskiem uczy raczej dowożenia oczekiwań nauczyciela, czy formułowania własnej, ryzykownej tezy o świecie?
To zależy, czy czerwony pasek to spełnienie oczekiwań dziecka czy rodziców. Jeśli rodziców, to takie realizowanie swoich niespełnionych ambicji przez dziecko jest chore. Pamiętam nieraz, jak na treningi sportowe czy zawody przychodzili tatusiowie z brzuszkami, nieraz z jakimś schowanym piwkiem i pokrzykiwali na córki czy synów. Zmuszali je do pracy dając sprzeczny przykład sobą. Jeśli dziecko bawi się nauką i rozwojem, uczy się systematyczności, odkrywa i za to jest wyróżniane – super.
W szkole jest z jednej strony łatwiej – dowiezienie KPI zależy wyłącznie od dziecka (może też dobrej woli nauczyciela), ale z drugiej trudniej – nie mogę się skupić na tym, co naprawdę lubię. A nauczyciel może być przewodnikiem lub egzekutorem. Pamiętam, że bardzo zainspirowała mnie biografia Marii Skłodowskiej, która umiała nie tylko uczyć, ale przede wszystkim zarażać pasją do nauki.
A w startupach? Realizacja KPI w dużej mierze zależą od otoczenia. Można sobie tworzyć plany, prognozy, a później po 6 miesiącach pośmiać się z nich przy kawie. Pytanie, jakie KPI osiągnął zespół – co zweryfikował, czego się nauczył, jak się rozwinął. I czy, podobnie jak dziecko, potrafi stawiać ryzykowne tezy, a nie tylko pędzić za tłumem po kasę.
Gdybyś miał dziś zainwestować w dwóch osiemnastolatków: jednego z samymi szóstkami i drugiego, który ma przeciętne oceny, ale zbudował pierwszy produkt i sprzedał go 50 osobom — komu dałbyś pierwszy ticket i dlaczego?
Najchętniej 50- czy 60-latce, mamie która wychowała dwójkę dzieci pracując i chce coś osiągnąć…
Tutaj nie ma prostej odpowiedzi. Nie pomijałbym ocen. Ktoś, kto przez wiele lat dowozi wyniki ciężką pracą, jest systematyczna czy systematyczny w działaniach, nie poddaje się, ma część niezbędnych predyspozycji. Do tego mogłaby czy mógłby pójść na studia za granicą i zbudować sobie bardzo mocny network, co może mieć wartość, nawet jeśli pierwszy startup nie wyjdzie.
Czy jednak umie radzić sobie z porażkami? Presją, która wynika z niezależnych czynników? Czy umie budować i motywować zespół? Czy sama potrafi wyznaczać cele?
Osoba, która niejako „olewała” system może myśleć nietuzinkowo, mieć świeżość spojrzenia i determinację. Umie skupić się na tym, co postrzega, jako ważne i zmotywować się do działania. Może być leniwa, ale właśnie z lenistwa mogą wynikać najlepsze pomysły. Z drugiej nie wiem jak z wytrwałością i radzeniem sobie później z wyzwaniami. Do tego pytanie, czy taka osoba będzie obowiązkowa i rzetelna. Kluczowe znaczenie miałoby poznanie motywacji obu osób i ich historii.
„Pasek to twardy dowód rzetelności i determinacji” – Karolina Kukiełka, vastpoint
Gdyby świadectwo maturalne było pitch deckiem, to co mówiłby czerwony pasek inwestorowi: „ten człowiek dowozi”, „ten człowiek nie ryzykuje”, a może „ten człowiek potrafi grać w grę, zanim ją zrozumie”?
Może zacznijmy czym jest właściwie pasek, bo to zmienia odpowiedź. Pasek to nagroda za opanowanie wiedzy ogólnej, szerokiej, narzuconej z zewnątrz, rozłożonej równo na kilkanaście przedmiotów. Nie nagradza głębi w jednej rzeczy ani odwagi, żeby resztę odpuścić. Nagradza to, że ktoś wszedł w program i wykonał go bardzo dobrze, do końca, bez taryfy ulgowej dla siebie.
I to jest realny sygnał, który moim zdaniem trzeba dobrze odczytać.
„Ten człowiek dowozi” – tak, i to jest najmocniejsza część. Pasek to twardy dowód rzetelności i determinacji. Ktoś, kto przez kilka lat utrzymuje wysoki, równy poziom na froncie, którego sam nie wybrał, ma cechę, którą founderzy często mają deficytową: potrafi domknąć rzecz nudną, długą i niewdzięczną. W startupie 80% pracy to właśnie to. Wizja jest na slajdzie, ale firmę buduje się z setek domkniętych, niewdzięcznych drobiazgów.
„Ten człowiek nie ryzykuje” – też prawda, ale on ma po prostu inny profil. Pasek mówi: ten człowiek jest świetny, gdy gra ma zasady. A startup to skok w nieznane – środowisko, w którym zasad jeszcze nie ma, klucza odpowiedzi nikt nie napisał, i nikt Ci nie powie, czy robisz dobrze, dopóki rynek nie odpowie pieniędzmi albo ciszą. To dwie różne kompetencje. Rzetelność w opanowywaniu danego materiału nie przekłada się automatycznie na odwagę działania bez materiału. Jedno to wykonanie pod spec, drugie to napisanie specu, którego jeszcze nie ma.
„Potrafi grać w grę, zanim ją zrozumie” – to akurat pasek mówi najsłabiej, i dobrze o nim świadczy. Pasek to raczej dowód, że ktoś zrozumiał grę i rzetelnie ją rozegrał, niż że nauczył się ją obchodzić. To człowiek systemowy, nie hakujący system.
Więc gdybym miała to złożyć w jedno zdanie dla inwestora: czerwony pasek to mocny sygnał rzetelności i determinacji w opanowywaniu wiedzy ogólnej – czyli dokładnie tych cech, które trzymają firmę przy życiu w fazie egzekucji. Milczy natomiast o jedynej rzeczy, która tę firmę w ogóle powołuje do istnienia: gotowości do skoku w nieznane, gdy nie ma żadnego programu do opanowania.
I dlatego ja bym nie odczytała paska jako „za” ani „przeciw”, jako jedną połowę równania. Druga połowa to apetyt na ryzyko i działanie bez klucza odpowiedzi i to powinno być na zupełnie innym slajdzie, którego na świadectwie po prostu nie ma.
Fundusze VC coraz mocniej mówią o selektywności, jakości i realnych wdrożeniach. Czy szkolne oceny są jak vanity metrics – ładnie wyglądają w tabelce, ale niewiele mówią o tym, czy ktoś umie zbudować firmę?
Odpowiadając na to pytanie, znów zeszłabym na poziom znaczenia języka. Vanity metric to bardzo rzetelny pomiar ALE nisko-istotnej cechy, a nie kiepski pomiar istotnego KPI. Oceny są rzetelne, po prostu mierzą sumienność i dopasowanie do instytucji bardzo dobrze, a zdolność do budowania firmy prawie wcale.
Analogia bliższa prawdy niż „ładnie w tabelce”: liczba zarejestrowanych userów. Prawdziwa, policzalna, robi wrażenie na slajdzie, a retencja i przychód to zupełnie inny slajd. Świadectwo to top-of-funnel. Mówi, że ktoś umiał wygrać cudzą grę. Nie mówi, czy umie zbudować własną.
Czy jako inwestorka, wolisz osobę, która w szkole zawsze miała rację, czy osobę, która nauczyła się szybko przyznawać: „nie wiem, sprawdzę, zmienię hipotezę”? Która z tych cech lepiej działa na rynku?
Tutaj odpowiedź jest bardziej oczywista – zdecydowanie to drugie. I powód jest prosty.
Rynek nie karze za to, że się mylisz. Karze za to, że mylisz się WOLNO. Każdy founder podejmuje większość decyzji w niepewności i część z nich będzie błędna; to nie jest defekt, to warunek gry. Liczy się tylko jedno: jak szybko to wyłapiesz i skorygujesz. Człowiek, który mówi „sprawdzę, zmieniam hipotezę”, ma po prostu krótszą pętlę uczenia się. A w early stage tempo uczenia się to praktycznie jedyna przewaga, którą realnie kontrolujesz.
Problem ze szkołą jest taki, że uczy odwrotnego odruchu. W szkole błąd to kara – niższa ocena. Można więc wychować człowieka, dla którego „nie wiem” jest porażką tożsamości, a nie zwykłym, codziennym ruchem operacyjnym. Taki founder będzie bronił złej hipotezy o trzy rundy za długo, bo przyznanie się do pomyłki boli go bardziej niż jej koszt, a to zabija.
Dlatego u founderów vastpoint ceni to, co brzmi jak słabość, a jest siłą: lekką relację z byciem w błędzie. Zdolność powiedzenia „nie wiem” bez napięcia, potraktowania własnej hipotezy jak czegoś do przetestowania, a nie do obrony. Pewność siebie owszem – ale w sobie, nie w swoich tezach.
„System edukacji wciąż znacznie mniej uwagi poświęca przedsiębiorczości” – Adrian Migoń, prezes zarządu Youth Business Poland
W polskim ekosystemie często mówi się, że founderzy stawiają sobie zbyt niskie cele. Czy to może zaczynać się już w szkole, gdzie nagradza się nie za skalę marzenia, tylko za bezbłędne wykonanie polecenia?
Patrząc na ponad 15 lat pracy z przedsiębiorcami i startupami, nie powiedziałbym, że polscy founderzy stawiają sobie dziś zbyt niskie cele. Wręcz przeciwnie – widzę coraz więcej osób, które od początku myślą globalnie i budują produkty z ambicją wyjścia poza Polskę. Mamy jednak pewną specyfikę. Polska jest dużym rynkiem liczącym blisko 38 milionów mieszkańców. Dla wielu firm to wystarczająca skala, aby osiągnąć sukces bez konieczności ekspansji zagranicznej. W krajach takich jak Finlandia czy państwa skandynawskie przedsiębiorcy są niejako zmuszeni do myślenia globalnego od pierwszego dnia, bo ich lokalne rynki są znacznie mniejsze.
Większym problemem jest – moim zdaniem – edukacja przedsiębiorcza. Nie wystarczy napisać nowego podręcznika do przedsiębiorczości. Trzeba otworzyć szkoły dla praktyków – przedsiębiorców, founderów startupów, inwestorów i mentorów, którzy pokażą młodym ludziom, jak naprawdę wygląda budowanie firmy, rozwój produktu czy pozyskiwanie klientów.
Z doświadczeń Youth Business Poland wynika, że czasem wystarczy kilka godzin dobrze poprowadzonych warsztatów lub krótki program inkubacyjny w szkole, aby zasiać w młodych ludziach przekonanie, że założenie własnej firmy jest realną ścieżką rozwoju. Dziś wielu uczniów po prostu nie wie, jakie możliwości daje przedsiębiorczość.
Czy polska gospodarka bardziej potrzebuje dziś absolwentów z czerwonym paskiem, którzy potrafią bezbłędnie przejść procedurę, czy ludzi, którzy w wieku 17 lat są w stanie powiedzieć: „ten system jest źle zaprojektowany, zbuduję własny”?
Polska nie potrzebuje wyboru między jednym a drugim. Potrzebuje ludzi, którzy potrafią zarówno zdobywać wiedzę i kompetencje, jak i kwestionować status quo oraz tworzyć nowe rozwiązania. Mamy jednych z najlepszych inżynierów, programistów i naukowców w Europie. Problem polega na tym, że system edukacji wciąż koncentruje się głównie na przekazywaniu wiedzy i odtwarzaniu poprawnych odpowiedzi, a znacznie mniej uwagi poświęca przedsiębiorczości, pracy zespołowej, komunikacji, przywództwu czy rozwiązywaniu realnych problemów.
Jeżeli spojrzymy na Izrael czy Finlandię, zobaczymy, że ich sukces nie jest dziełem przypadku. To efekt konsekwentnych zmian w edukacji realizowanych przez 20–30 lat. U nas również potrzebujemy takiego długofalowego podejścia. Reforma edukacji nie może ograniczać się do stworzenia nowego podręcznika. Potrzebujemy praktycznej nauki przedsiębiorczości, realizacji projektów, współpracy z biznesem i rozwijania postaw proaktywnych. Polacy są bardzo kompetentni, ale często zbyt skromni. Przydałoby nam się trochę izraelskiej „hucpy” – odwagi do zadawania trudnych pytań, podważania istniejących rozwiązań i budowania własnych. Gospodarka przyszłości będzie premiowała nie tych, którzy najlepiej zaznaczają odpowiedź A, B, C lub D, ale tych, którzy potrafią stworzyć odpowiedź E, której wcześniej nie było.
Czy w polskim domu, szkole i kulturze nadal łatwiej wychować „dobrego ucznia” niż przyszłego foundera? A jeśli tak, to ile potencjalnych firm tracimy przez to, że mylimy grzeczność z potencjałem?
Myślę, że nadal w wielu przypadkach łatwiej wychować dobrego ucznia niż przyszłego przedsiębiorcę. Od najmłodszych lat nagradzamy poprawność, ostrożność i unikanie błędów. Tymczasem przedsiębiorczość wymaga eksperymentowania, podejmowania ryzyka, odporności na porażki i samodzielnego myślenia. Największym problemem nie jest jednak sama szkoła, ale brak wzorców i kontaktu z przedsiębiorczością. Wielu młodych ludzi nigdy nie spotkało przedsiębiorcy, nie widziało startupu od środka i nie słyszało historii budowania firmy od zera. Trudno marzyć o czymś, czego się nie zna.
Nie wiemy, ile potencjalnych firm tracimy, ale wiemy, że tracimy ogromny kapitał kreatywności, energii i innowacyjności młodych ludzi. Dlatego potrzebujemy więcej przedsiębiorców w szkołach, więcej programów mentoringowych i więcej przestrzeni do realizowania własnych projektów. Przedsiębiorczość nie zaczyna się od rejestracji działalności gospodarczej. Zaczyna się od poczucia sprawczości – przekonania, że mogę coś zmienić, stworzyć i wziąć odpowiedzialność za własny pomysł. To właśnie tę postawę powinniśmy rozwijać już od najmłodszych lat.