Tomasz Osman własną piersią broni Dody (i płaci jej za reklamę)
Na początek niespodzianka: nie po raz pierwszy w naszych skromnych progach gości gwiazda światowa, królowa tego i owego, czyli Dorota „Doda” Rabczewska. Już wcześniej o tej zasłużonej dla polskiej kultury postaci pisaliśmy w kontekście kosmicznej misji Sławosza Uznańskiego. To tyle słowem wstępu. A teraz – do meritum, już bez chwili zwłoki pędzimy do pana Tomasza Osmana, prezesa zarządu SAVICKI. Pan prezes Osman zajmuje się podejmowaniem decyzji, które są następnie komentowane. Owe komentarze pan Tomasz czyta i następnie komentuje. Brzmi to jak całkiem niezła fucha.
Teraz pan Osman podjął decyzję o zaangażowaniu Dody do reklamy marki jubilerskiej. Pamiętliwi, a może po prostu bardziej zorientowani ludzie, wytknęli panu Osmanowi, że Doda bynajmniej nie jest postacią krystalicznie czystą, a skoro już ma te kryształy, diamenty i inne precjoza reklamowa, to może w sumie i by wypadało. Mamy wszak akt oskarżenia z czerwca 2026 roku, w którym to iosenkarka została oskarżona o pomocnictwo w udaremnieniu zaspokojenia wierzycieli na kwotę ponad 12 milionów złotych, mamy przecież prawomocny wyrok skazujący ze stycznia 2025 roku, gdy sąd uznał Dodę za winną zlecenia działań o charakterze zastraszania i szantażu wobec jej byłego partnera, Emila Haidara.
„Każdy ma prawo do własnej opinii” – broni Dody pan Osman. A sąd ma prawo do wyroków, a my mamy prawo do sprawiedliwości, ktoś z hejterów mógłby dodać, psując humor panu prezesowi. Ale nawet gdyby ktoś zdecydował się na taki cios poniżej pasa w publicznej dyskusji, to pan Osman ma kontrargument: wszak Doda była bardzo zaangażowana na planie sesji zdjęciowej.
„Zadawała pytania. Podsuwała pomysły. Dyskutowała o kadrach, emocjach i przekazie. Była przygotowana, zaangażowana i niezwykle kreatywnie.”
I cmoka tak pan Osman, i zachwyca się tą postawą Dody. I rzeczywiście – my też uważamy, że jak ktoś dobrze pozuje do zdjęć, jest zaangażowany, to tym samym te wszystkie zarzuty, oskarżenia, wyroki się wymazują.
Panie Tomaszu – odwagi! Proszę dbać o dobre imię Dody! To szlachetne z pana strony. Niejeden takiej misji by się nie podjął, że już nie powiem – że by nawet nie pomyślał o współpracy z panią Rabczewską. Ale nie pan, panie Osman. Nie pan!
Damiana Sawickiego światy równoległe
Terry Pratchett, twórca uniwersum Świata Dysku, pisał, że czas biegnie w różnych nogawkach tych samych spodni:
„Czas może się rozdwoić, jak para spodni. I wędrowiec może skończyć w niewłaściwej nogawce, przeżywając to, co naprawdę dzieje się w tej drugiej.„
Wielkie umiejętności trzeba mieć, pięknym umysłem trzeba dysponować, aby nie pogubić się w tych nogawkach i koniec końców, dobrnąć do szczęśliwego finału. Czytając post pana Damiana Sawickiego, CEO Sawicki Legal, czuliśmy, że wpadliśmy w takie spodnie. Ale spodnie dla ośmiornicy, z wieloma niekończącymi się nogawkami.
Oto bowiem zaczynamy od zagadki o jakaś liczbę pod grafiką z dwoma Damianami Sawickimi. Potem pędzimy przez statystyki rozwodowe w Polsce, następnie potykamy się o spółkę 50/50 bez umowy wspólników, chwilę później poznajemy rzekome statystyki przeżywalności firm w Polsce, by od razu pognać w kierunku statystyk sądowych dotyczących sporów wspólników. Bez chwili zwloki analizujemy paragrafy prawne dotyczące sądowego wyłączenia wspólnika, a potem jeszcze pan Sawicki chce, abyśmy układali życzenia dla wspólników, ktrzy właśnie wchodzą w spółkę 50/50 – ale te życzenia mają być takie, jakbyśmy składali życzenia nowożeńcom.
Nic dziwnego, że z prawa to się znamy głównie na lewo. Na szczęście – mamy takich specjalistów jak panów Sawickich Damianów dwóch.
Papryka prosto od masarza, a kiełbasy prosto z krzaka – albo odwrotnie, ale who cares?
Janusz Palikot, znany inwestor, ostatnio próbuje zrobić karierę w fine diningu. Organizuje prywatne kolacje: za drobną opłatą w okolicach 600 złotych można delektować się daniami z kuchni Palikota Janusza. Tą drogą zdaje się iść trener LinkedIn, Marcin Banaszkiewicz. Już na wstępie swojego posta pan Banaszkiewicz atakuje nasze zmysły urokliwym opisem papryki, pięciu kiełbas od jednego masarza, cebuli, czosnku – i nas w tym wszystkim.
Otóż – pan Marcin Banaszkiewicz przyrządzać chce nam leczo. I, jak twierdzi, będzie to pierwsze takie wydarzenie na LinkedInie. Rzeczywiście, aż dreszcz nam przechodzi po plecach, a przy okazji robimy w redakcji zbiorowego palm face’a, że znów nie skorzystaliśmy z okazji, by zrobić coś jako pionierzy. Trudno.
Leczo będzie tylko dla 30 osób – co rzeczywiście jest wyjątkowe, ostatnio nasz kolega zrobił leczo nie z pięciu, a z trzech kiełbas dla 45 osób. I jeszcze tej kiełbasy zostało.
A że pan Marcin chce też zadbać o nasze samopoczucie, to podczas przyrządzania leczo, serwowane będą nam także przekąski. Nie wiemy jeszcze, z ilu kiełbas, ale jak tylko uzupełnimy tę wiedzę, to się nią z wami podzielimy, smacznego.
No i na koniec wisienka na tym leczo-torcie. Jak zaznacza Banaszkiewicz Marcin, „w trakcie przygotowywania leczo (…) będzie mnóstwo czasu na rozmowy, nie tylko o biznesie, ale i o kuchni”.
Czekamy więc na wysyp postów na LinkedInie o tym, czego nauczyło Was gotowanie leczo z pięciu kiełbas oraz na wasze wrażenia z leczo-networkingu. Kto miał większą chochlę? Kto miał bielszy fartuch? Kto zjadł szybciej, a kto zmieścił więcej?
Nie zapomnijcie podzielić się tymi wieściami i koniecznie oznaczcie w postach Marcina Banaszkiewicza.
PS. Panie Marcinie, niech pan zaprosi na leczo-event pana Osmana: smakowite anegdotki ze świata elit gwarantowane.
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.