Od foundera do dziennikarza…? Przypadek Krzysztofa Stanowskiego
W dawnych filmach redakcję można było rozpoznać bez trudu. Telefony dzwoniły bez przerwy, maszyny do pisania stukały jak oddział karabinów maszynowych, a przez pomieszczenie przebiegali ludzie niosący wiadomości, które za chwilę miały stać się historią. Dziennikarz nie był właścicielem świata, który opisywał. Co najwyżej próbował go zrozumieć, zanim zamknięto numer.
Dzisiejsza redakcja może mieścić się w smartfonie. Dziennikarz bywa jednocześnie prezenterem, producentem, wydawcą, sprzedawcą, menedżerem własnej marki i wspólnikiem spółki medialnej. Nie tylko relacjonuje wydarzenia, lecz także sam je organizuje. Nie czeka, aż ktoś udzieli mu głosu, ponieważ posiada mikrofon, studio, kanał dystrybucji i publiczność. Może rano przeprowadzać wywiad z politykiem, w południe reklamować przekąski, wieczorem komentować kampanię wyborczą, a następnego dnia samemu w tej kampanii wystartować.
Czy nadal jest dziennikarzem?
To pytanie powróciło za sprawą sporu wokół Krzysztofa Stanowskiego. Dominika Wielowieyska napisała wprost, że twórca Kanału Zero odniósł wielki sukces jako przedsiębiorca, youtuber i celebryta, lecz dziennikarzem nie jest. Jej wypowiedź uruchomiła przewidywalną reakcję: część komentatorów przyjęła ją jak próbę obrony zamkniętej korporacji zawodowej, inni uznali za przypomnienie standardów, które w epoce zasięgów zostały niemal całkowicie zapomniane.
W istocie nie jest to już spór wyłącznie o Stanowskiego. To dyskusja o tym, czy dziennikarstwo jest zestawem wykonywanych czynności, zawodem, społeczną rolą, etosem, czy może jedynie etykietą przyklejaną tym, którzy potrafią skupić uwagę odpowiednio dużej publiczności.
Człowiek obdarzony kredytem zaufania
Klasyczna odpowiedź wydaje się prosta. Dziennikarz jest kimś, kto szuka prawdy, weryfikuje informacje, przedstawia wydarzenia w kontekście, oddziela fakt od komentarza i stara się relacjonować różne punkty widzenia. Nie musi być człowiekiem pozbawionym poglądów — taki człowiek prawdopodobnie nie istnieje — powinien jednak umieć powstrzymać własne przekonania przed przejęciem kontroli nad materiałem. Karta Etyczna Mediów wymienia zasadę prawdy, obiektywizmu, oddzielania informacji od komentarza, uczciwości, szacunku, pierwszeństwa dobra odbiorcy oraz wolności połączonej z odpowiedzialnością. Obiektywizm nie oznacza w niej braku osobowości, lecz przedstawianie rzeczywistości niezależnie od osobistych poglądów i rzetelne relacjonowanie różnych stanowisk.
Definiując więc rolę dziennikarza, stwierdzamy, że jest on postacią społecznego zaufania. Nawet jeśli polskie prawo nie przyznaje mu formalnie statusu zawodu zaufania publicznego. To my, publika zgromadzona przed TV, radiem, smartfonem udziela kredytu zaufania dziennikarzowi. Wszyscy zakładamy, że reporter nie zatai istotnego faktu tylko dlatego, że fakt ten zaszkodzi jego politycznym sympatiom; że prowadzący rozmowę nie oszczędzi gościa ze względu na wspólnego sponsora; że redakcja nie zamieni wydarzenia w pretekst do sprzedaży produktu, choćby algorytm wynagradzał właśnie takie połączenie.
Tego rodzaju zaufanie jest konstrukcją delikatną. Buduje się je – pracuje się na nią – miesiącami, a traci w kilka minut.
Tylko czy model bezstronnego obserwatora nie był od początku bardziej ideałem niż opisem rzeczywistości? Joseph Pulitzer prowadził polityczne kampanie, William Randolph Hearst wykorzystywał swoje gazety do zdobywania wpływu, a wielu najwybitniejszych polskich publicystów XX wieku nie ukrywało ideowych afiliacji. Dziennikarstwo nigdy nie przypominało sterylnej przestrzeni. Historia tej profesji pełna jest temperamentnych charakterów, interesów, ambicji, wielkich przekonań i jeszcze większych ego.
Być może zatem nie chodzi o to, czy dziennikarz ma poglądy, lecz czy potrafi uczynić je widocznymi. Nie o to, czy zarabia, lecz czy odbiorca wie, w którym momencie kończy się informacja, a w eter zaczyna płynąć przekaz sprzedażowy. Nie o to, czy uczestniczy w życiu publicznym, ale czy jego uczestnictwo nie unieważnia roli bezstronnego, uważnego obserwatora.
I właśnie tym sposobem dochodzi do przypadku Krzysztofa Stanowskiego.
Argument pierwszy: wykonuje pracę dziennikarską
Fakt jest faktem: Krzysztof Stanowski ma dziennikarski życiorys. Zaczynał jako reporter sportowy. Pisał, zdobywał informacje, przeprowadzał rozmowy, komentował piłkę nożną, zakładał i rozwijał przedsięwzięcia medialne. Weszło było jednocześnie marką, redakcją i wyrazistym językiem opowiadania o sporcie. Później powstał Kanał Sportowy, następnie Kanał Zero.
W jego dorobku znajdują się materiały interwencyjne, długie rozmowy, analizy i demaskatorskie programy, w których weryfikował publiczne narracje. Potrafi przygotować dokumentację, zbudować dramaturgię dochodzenia i zadawać pytania, których inni nie zadali albo nie chcieli zadać. Jego zwolennicy mogą zatem zapytać: skoro człowiek zbiera informacje, konfrontuje źródła, prowadzi wywiady, ujawnia sprzeczności i publikuje materiały dotyczące spraw publicznych, to na jakiej podstawie mielibyśmy uznać, że nie uprawia dziennikarstwa?
Czy o zawodzie decyduje legitymacja prasowa, miejsce zatrudnienia, kodeks redakcyjny, czy rzeczywiście wykonywana praca?
Internet podważył monopol tradycyjnych redakcji. Podcast może dziś pełnić funkcję dawnego tygodnika opinii, kanał na YouTube — stacji informacyjnej, a autor newslettera — korespondenta zagranicznego. Granica pomiędzy reporterem, publicystą, gospodarzem programu i twórcą internetowym stała się płynna. Jak zauważa Patryk Pallus, współczesne słowo „dziennikarz” obejmuje reporterów śledczych, prezenterów, autorów podcastów, prowadzących programy lifestyle’owe i twórców formatów internetowych. Nie istnieje już jedna zawodowa matryca, do której wszystkich można przyłożyć.
Kanał Zero nie jest również wyłącznie jednoosobowym wideoblogiem. To rozbudowana organizacja medialna, zatrudniająca dziennikarzy, komentatorów, reporterów, producentów i realizatorów. Nadaje programy informacyjne, publicystyczne, społeczne, sportowe i rozrywkowe. W maju 2026 roku projekt wszedł do linearnej telewizji, pojawiając się na platformach satelitarnych, kablowych i w usługach OTT. Na ponad 3,5 miliona kompatybilnych urządzeń Polsat Box i Netii stację przypisano nawet do przycisku „0” na pilocie.
Kanał osiąga przy tym skalę, której nie sposób zbyć słowem „internet”. W marcu 2026 roku jego materiały uzyskały ponad 113 milionów wyświetleń, a najlepszy wynik w historii przypadł na maj 2025 roku, czyli okres kampanii prezydenckiej, kiedy zanotowano około 175 milionów odsłon.
Jeżeli więc Stanowski nie jest dziennikarzem, to kim są zatrudnieni przez niego reporterzy? Jeżeli Kanał Zero nie jest medium, to w którym momencie milionowy zasięg, regularna ramówka i wpływ na debatę publiczną zaczynają tworzyć medium? A może błąd polega na utożsamianiu założyciela organizacji z każdym gatunkiem treści, jaki ta organizacja produkuje?
Rupert Murdoch jest przedsiębiorcą medialnym, ale nie z tego powodu wszyscy pracujący w jego redakcjach przestają być dziennikarzami. Jeff Bezos posiada „The Washington Post”, lecz posiadanie gazety nie czyni go automatycznie reporterem. Być może podobne rozróżnienie należałoby zastosować wobec Stanowskiego: jest właścicielem medium, publicystą, prowadzącym, twórcą formatów i okazjonalnie dziennikarzem — ale niekoniecznie wszystkimi tymi osobami jednocześnie.
Argument drugi: nie można być w dwóch miejscach naraz
I to właśnie konfliktu ról dotyczą najważniejsze zarzuty stawiane założycielowi Kanału Zero. Stanowski wystartował w wyborach prezydenckich w 2025 roku. Państwowa Komisja Wyborcza zarejestrowała go jako kandydata, przy czym w oficjalnych danych jako wykonywany zawód wpisano właśnie „dziennikarz”. Zdobył 243 479 głosów, czyli 1,24 proc. wszystkich ważnie oddanych głosów. Od początku deklarował, że nie chce zostać prezydentem. Kandydaturę przedstawiał jako próbę pokazania kampanii od środka, ujawnienia jej absurdów i dotarcia do miejsc niedostępnych dla zwykłego obserwatora. Można zatem potraktować ją jako gigantyczny reporterski eksperyment.
Tylko czy dziennikarska metoda może polegać na staniu się pełnoprawnym uczestnikiem procesu, który się relacjonuje?
Prowokacja dziennikarska bywa uznawana za dopuszczalną wtedy, gdy służy ujawnieniu informacji istotnych społecznie, niemożliwych do zdobycia innymi metodami. Czy wpisanie nazwiska na kartę wyborczą spełnia ten warunek? Czy kampania była narzędziem poznania, politycznym happeningiem, promocją Kanału Zero, czy wszystkimi tymi rzeczami naraz? Kandydowanie zmienia status człowieka. Kandydat nie tylko obserwuje politykę, ale walczy o głosy, czas antenowy i miejsce w sondażach. Korzysta z przywilejów kampanii, występuje w debatach, buduje komitet i zdobywa podpisy obywateli. Nawet jeśli zapewnia, że zwyciężyć nie zamierza, pozostali kandydaci muszą traktować go jako konkurenta. A wyborca widzi jego nazwisko obok nazwisk osób, które deklarują gotowość objęcia urzędu.
Czy można jednocześnie prowadzić medium relacjonujące kampanię i być jednym z bohaterów tej kampanii?
Z drugiej strony, polityczne zaangażowanie nie musi przekreślać całego wcześniejszego dorobku. Reporter, który zostaje rzecznikiem partii, nie traci retroaktywnie autorstwa dawnych tekstów. Publicysta obejmujący urząd przestaje być niezależnym komentatorem w chwili wejścia do polityki, ale nie przestaje rozumieć warsztatu. Być może więc właściwe pytanie nie brzmi: „czy Stanowski jest dziennikarzem?”, lecz: „kiedy występuje jako dziennikarz, a kiedy już jako kandydat, przedsiębiorca albo performer?”.
I właśnie problem w tym, że role te nie zawsze zostały wyraźnie rozdzielone.
Prawica, pluralizm i geometria zaproszeń
Kolejnym punktem sporu jest orientacja polityczna Kanału Zero. Krytycy przedstawiają projekt jako medium prawicowe albo przynajmniej jako platformę, której język, dobór tematów i hierarchia sympatii odpowiadają wrażliwości konserwatywnej. „Krytyka Polityczna” określiła Kanał Zero mianem prawicowego medium udającego pluralizm, zarzucając mu mechanizm podobny do tego, który prawica od lat przypisywała TVN: formalne dopuszczanie różnych głosów przy jednoczesnym budowaniu jednoznacznego ideowego klimatu.
Sam zarzut jest jednak łatwiejszy do sformułowania niż do bezspornego udowodnienia. Kanał zaprasza przedstawicieli różnych obozów, prowadzi rozmowy z politykami koalicji rządzącej i opozycji, a w jego programach pojawiają się osoby o odmiennych światopoglądach. Nawet elektorat Stanowskiego z pierwszej tury wyborów nie przeszedł w całości do kandydata prawicy: według sondażu exit poll w drugiej turze 51,2 proc. jego wyborców zagłosowało na Karola Nawrockiego, a 48,8 proc. na Rafała Trzaskowskiego. Trudno o bardziej symetryczny podział.
Czy o profilu medium decyduje zatem lista zapraszanych gości? Czy raczej sposób, w jaki są traktowani? Liczba pytań? Ton prowadzącego? Dobór tematów? Życzliwość miniatury na YouTube? A może reakcje publiczności, która jednych bohaterów nagradza aplauzem, a innych zasypuje pogardliwymi komentarzami?
Medium nie musi popierać partii, aby zajmować stronę kulturowego konfliktu. Może organizować wyobraźnię odbiorców poprzez ironię, język potocznego rozsądku, wybór przeciwników i rozkład emocjonalnych akcentów. Nie trzeba wydawać instrukcji wyborczej. Wystarczy przez wiele miesięcy przedstawiać jedną stronę jako nadętą, oderwaną od życia i godną szyderstwa, a drugą jako może niedoskonałą, lecz autentyczną. Jednocześnie pojawia się argument odwrotny. Analiza opublikowana przez Klub Jagielloński sugeruje, że siłą napędową Stanowskiego nie jest spójna prawicowa ideologia, lecz raczej monetyzacja, klikalność oraz specyficznie rozumiany zdrowy rozsądek. W takim ujęciu polityczna orientacja Kanału Zero mogłaby być nie tyle programem, ile produktem ubocznym modelu biznesowego: efektem tematów, emocji i kodów kulturowych, które najlepiej mobilizują jego widownię.
Ale czy z punktu widzenia odbiorcy różnica jest istotna? Jeżeli medium konsekwentnie wzmacnia określony sposób patrzenia na rzeczywistość, to czy ma znaczenie, czy wynika to z przekonań jego twórców, czy z analizy skuteczności algorytmu?
Wiadomości ze stolika sponsorskiego
Wielowieyska wskazała także drugi konflikt ról: obecność Stanowskiego w reklamach i nachalną ekspozycję produktów w programach Kanału Zero. Nie jest tajemnicą, że projekt od początku zbudował intensywny model komercyjny. Logotypy sponsorów stoją na stole, nazwy marek pojawiają się w ustach prowadzących, produkty zostają włączone w scenografię, żarty i rytuały audycji. Nie jest to ukryta działalność. Przeciwnie — komercyjność Kanału Zero bywa ostentacyjna, niemal demonstracyjna. Reklama nie zawsze przerywa program. Niekiedy staje się jego uczestnikiem.
Dla przedsiębiorcy medialnego jest to sukces. Stanowski stworzył model zdolny finansować rozbudowaną produkcję bez abonamentu i bez tradycyjnego paywalla. Już w 2024 roku informował, że sam przychód Kanału Zero z reklam emitowanych przez YouTube wyniósł w listopadzie 729 tys. zł, nie licząc bezpośrednich umów sponsorskich.
Dla dziennikarza informacyjnego sytuacja jest bardziej problematyczna. W tradycyjnych mediach prezenterzy wiadomości i prowadzący programy publicystyczne zwykle nie mogą występować w reklamach, ponieważ ich wizerunek ma być kojarzony z wiarygodnością redakcyjną, nie z rekomendacją handlową. Jak przypominały Wirtualne Media, przepisy dotyczące nadawców radiowych i telewizyjnych oraz regulacje wewnętrzne redakcji wyraźnie oddzielają te role. Rada Etyki Mediów zwracała uwagę, że dziennikarz występujący w reklamie naraża wiarygodność własną i redakcji.
Symboliczny charakter miał spór związany z wizytą ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Ministerstwo nie chciało, by rozmowa odbywała się na tle reklamowych gadżetów. Podczas programu produkty sponsorów pozostawiono więc tylko po stronie Stanowskiego. Sama scenografia stała się wówczas wykresem konfliktu ról: po jednej stronie urzędnik państwowy, po drugiej prowadzący otoczony znakami handlowymi.
Czy taka jawność oczyszcza sytuację? Być może odbiorca doskonale wie, że ogląda komercyjne medium i potrafi oddzielić treść od lokowania. Być może stary model telewizji jedynie lepiej maskował zależność od reklamodawców, umieszczając spoty w osobnych blokach i zachowując pozory sterylnej redakcji. A jednak reklama w środku rozmowy zmienia jej temperaturę. Gdy prowadzący przechodzi od pytania o państwo, wojnę albo korupcję do zachwalania przekąski, platformy inwestycyjnej czy dostawcy usług, następuje krótkie spięcie dwóch porządków. Prawda i sprzedaż siedzą przy tym samym stole. Trudno nie zapytać, która z nich jest gospodarzem.
Reporter, sędzia czy gladiator?
Jeszcze inny rodzaj wątpliwości przyniosła sprawa urzędniczki Krajowej Administracji Skarbowej. Komentując mandat nałożony na właściciela restauracji, Stanowski skierował pod adresem kobiety personalne, poniżające słowa i przedstawił wizję jej publicznego upokorzenia. KAS uznała wypowiedź za oszczerczą i niedopuszczalną, a dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Gdańsku skierował zawiadomienie do prokuratury. Krytycy zwracali uwagę na asymetrię wpływu: popularny twórca dysponujący potężnym zasięgiem uderzył w osobę, która nie miała podobnej możliwości obrony.
Przypadek ten nie rozstrzyga automatycznie, czy Stanowski jest dziennikarzem. Dziennikarze nieraz przekraczali granice, popełniali błędy, używali brutalnego języka i poddawali się emocjom. Zawodowej tożsamości nie odbiera jedno wykroczenie przeciw standardom. Zdarzenie ujawnia jednak model komunikacji, w którym autor nie tyle opisuje konflikt, ile go inscenizuje. Nie przedstawia argumentów przeciwko absurdalnemu prawu podatkowemu, lecz wskazuje osobę, na której skupia gniew publiczności. Nie oddziela informacji od komentarza, ponieważ komentarz staje się głównym wydarzeniem. Materiał nie jest już lustrem rzeczywistości. Jest kamieniem wrzuconym w witrynę, a dźwięk tłuczonego szkła przynosi kolejne wyświetlenia.
Czy dziennikarz może być jednocześnie oskarżycielem, sędzią i organizatorem widowni? Czy społeczna odpowiedzialność rośnie wraz z zasięgiem, czy przeciwnie — sukces daje prawo do mocniejszej ekspresji? Czy ostrość języka jest niezależnością, czy raczej formatem biznesowym?
Stanowski wypracował styl, w którym konflikt nie jest wypadkiem przy pracy, lecz paliwem. Jego programy często wykorzystują dramaturgię pojedynku: ktoś zostaje przyłapany, rozliczony, skompromitowany, wykpiony albo zmuszony do odpowiedzi. To forma niezwykle skuteczna, odpowiadająca logice platform cyfrowych. Algorytm nie premiuje cierpliwego ważenia racji. Premiowana jest intensywność reakcji, czas oglądania i gotowość odbiorcy do udostępnienia materiału.
Czy można jednak krytykować Stanowskiego za to, że najsprawniej zrozumiał reguły środowiska, w którym działają również jego krytycy? Tradycyjne portale także mierzą kliknięcia, telewizje analizują minutowe wyniki oglądalności, a redakcje dobierają tytuły tak, by wywoływały emocje. Różnica może być jedynie taka, że Kanał Zero nie udaje, iż komercyjny mechanizm nie istnieje.
Founder jako redaktor naczelny… własnej rzeczywistości
W kulturze startupowej founder jest kimś więcej niż właścicielem firmy. Ma uosabiać produkt, opowiadać jego historię, gromadzić społeczność i stale udowadniać, że przedsięwzięcie rozwija się dzięki jego osobistej wizji. Elon Musk nie tylko zarządza Teslą i SpaceX, lecz także stanowi ich najważniejsze medium. Steve Jobs nie prezentował komputerów — inscenizował przyszłość, w której jego firma miała odegrać główną rolę.
Stanowski przeniósł podobną logikę do mediów. Nie założył redakcji, by następnie usunąć się do gabinetu prezesa. Jest jej twarzą, głosem, najważniejszym formatem, sprzedawcą i gwarantem zainteresowania. Kanał Zero bez Stanowskiego nadal mógłby produkować programy, lecz trudno wyobrazić sobie, by zachował tę samą tożsamość. Founder – będąc oczywiście w roli foundera – nie musi być bezstronny. Przeciwnie: oczekuje się od niego stronniczości na rzecz własnego przedsięwzięcia. Powinien wierzyć w produkt, bronić organizacji, mobilizować klientów i partnerów. Dziennikarz natomiast powinien zachować gotowość do opublikowania prawdy również wtedy, gdy zaszkodzi ona jemu samemu, jego środowisku albo interesom wydawcy.
Co dzieje się, gdy te dwie role zostają połączone w jednej osobie?
Być może powstaje nowy typ dziennikarza: dziennikarz-founder, który nie tylko produkuje informacje, lecz buduje całą infrastrukturę ich dystrybucji. Zyskuje niezależność od dawnych wydawców, ale staje się zależny od własnej marki. Nie musi słuchać prezesa, ponieważ sam nim jest. Musi jednak chronić wizerunek przedsięwzięcia, którego wartość opiera się na jego popularności. Może powiedzieć niemal wszystko, lecz niemal każda jego wypowiedź jest jednocześnie decyzją biznesową.
Tyle że taka konstrukcja stoi na glinianych nogach, jest zbyt wielkim uproszczeniem, że w ogóle te dwa stanowiska da się ze sobą łączyć.
Pytanie bez werdyktu
Spór o Stanowskiego przypomina więc proces, w którym nie wiadomo, według jakiego kodeksu należy sądzić oskarżonego. Według standardów reportera informacyjnego? Publicysty? Influencera? Przedsiębiorcy medialnego? Kandydata politycznego? Gospodarza programu rozrywkowego? Taki misz-masz jest niewątpliwie na korzyść Stanowskiego, bo wiadomo – w mętnej wodzie trudniej ryby łowić. Jeżeli zastosujemy definicję funkcjonalną, Stanowski niewątpliwie wykonuje wiele czynności dziennikarskich. Zdobywa informacje, prowadzi rozmowy, komentuje wydarzenia, ujawnia fakty, tworzy materiały dotyczące spraw publicznych i kieruje organizacją medialną o znaczącym wpływie społecznym.
Można więc żartobliwie powiedzieć, że jest osobą dziennikarską.
Jeżeli jednak dziennikarstwo rozumiemy jako szczególne zobowiązanie do niezależności, bezstronności, oddzielenia informacji od reklamy oraz utrzymywania wyraźnego dystansu wobec politycznej gry, odpowiedź staje się znacznie mniej oczywista. Kandydatura prezydencka, własny biznes medialny, intensywna działalność reklamowa, ideowe skojarzenia i styl oparty na publicznym konflikcie tworzą sieć zależności, w której klasyczna figura dziennikarza-obserwatora zaczyna zanikać.
Może więc… Dominika Wielowieyska i obrońcy Stanowskiego mówią o dwóch różnych zawodach, używając tej samej nazwy?
Dla jednej strony dziennikarz to depozytariusz standardów: osoba, która może mieć poglądy, ale nie może pozwolić, by interes polityczny lub handlowy zdominował jej relację z odbiorcą. Dla drugiej dziennikarzem jest ten, kto potrafi zdobyć informację, zadać pytanie, przyciągnąć publiczność i opowiedzieć świat bardziej przekonująco niż tradycyjne redakcje.
Obie definicje mają swoje słabości. Pierwsza może służyć obronie zawodowej hierarchii i nostalgii za mediami, które nigdy nie były tak bezstronne, jak dziś o sobie opowiadają. Druga może sprawić, że dziennikarzem nazwiemy każdego skutecznego nadawcę — także polityka, reklamodawcę czy propagandystę — o ile tylko ustawi przed sobą mikrofon.
Być może dlatego najważniejsze pytanie nie dotyczy ostatecznie Krzysztofa Stanowskiego. Dotyczy odbiorców. Nas. Zapytajmy samych siebie, kogo jesteśmy gotowi obdarzyć zaufaniem? Człowieka, który zapewnia, że nie ma interesów, choć najczęściej je ma? Czy człowieka, który pokazuje swoje interesy otwarcie, ale zarazem oczekuje, że będziemy traktować go jak bezstronnego przewodnika? Czy jawna stronniczość jest uczciwsza od deklarowanej neutralności? Czy dziennikarstwo może przetrwać bez etosu, skoro może prosperować bez niego jako biznes?
A może Stanowski nie opuścił dziennikarstwa. Może to dziennikarstwo przesunęło się w jego stronę: od redakcji do platformy, od reportera do osobowości, od informacji do widowiska, od wydawcy do foundera.
Na końcu pozostaje jeszcze pytanie najprostsze, a przez to najbardziej niewygodne. Czy dziennikarzem jest ten, kto sam tak o sobie mówi? Ten, którego dziennikarzem nazywa Państwowa Komisja Wyborcza? Ten, kto opanował warsztat? Czy dopiero ten, komu odbiorcy powierzają prawo do opowiadania prawdy — i kto każdego dnia stara się na to zaufanie zasłużyć?
W przypadku Krzysztofa Stanowskiego każda odpowiedź wydaje się zbyt łatwa. A być może właśnie dlatego spór o jedno nazwisko mówi dziś o polskich mediach więcej niż niejeden medioznawczy raport.