Kobieta renesansu
Po czym poznać miarę czyjegoś talentu? Po tym, jak wiele ról z powodzeniem oraz sukcesami pełnił w swoim życiu. Dlatego po raz kolejny z niekłamaną przyjemnością oddajemy miejsce na szpaltach „MamStartup” pani Magdalenie Olczak-Nowickiej. Z uwagą śledzimy jej zawodową karierę – szczerze mówiąc, inaczej śledzić by się nie dało, gdyż pani Olczak-Nowicka nowym wcieleniem zaskakuje nas raz po raz. I właśnie za to ma nasze dozgonne uwielbienie i szacunek. Wiemy, że taka zmienność pozycji, taka ciągła zawodowa rekonfiguracja, to niekończące dopasowywanie się do nowych warunków, że to wszystko ogarnąć może tylko bardzo zdolna osoba.
Ad rem.
Wcześniej pisaliśmy już w OHO! o pani Magdalenie, skupiając się na wątkach onirycznych i polemice pani Magdaleny ze snami founderów. Dziś będzie o wiele poważniej, gdyż poruszać się będziemy w sferze wyłącznie realistycznej.
Dr Olczak-Nowicka zauważa, że wreszcie można głośno i bez lukru mówić o propagandzie VC. Być może łatwiej to pani Magdalenie zauważyć, odkąd sama nie zasiada już w funduszu VC. O którym wypowiadała się swego czasu z wielkim entuzjazmem. Ale na pewno nie na tyle wielkim, żeby można było zarzucić jej, inwestorce VC, uprawianie „propagandy VC”. Mamy nadzieję, że nawet o tym nie pomyśleliście.
W swoim dobrze udokumentowanym poście, bazującym na reprezentatywnych danych (czyli na wcześniejszych postach Piotra Nowosielskiego oraz Szymona Janiaka), dr Olczak-Nowicka tłumaczy nam, po co fundusze inwestują w startupy. To cenna lekcja, wczytaliśmy się z uwagą.
Z jeszcze większą uwagą, ba, a nawet łapczywością rzuciliśmy się na drugą część posta, zatytułowaną: „Co o tym myślę?” Otóż, o tym pani Magdalena myśli, że raz jest to dobrze, a innym razem jest to źle. Dobrze jest, że są fundusze i „pojawiają się” transakcje, a polskie startupy „przyciągają uwagę” zagranicznych inwestorów.
„Problemem jest (…) propaganda VC, że pozyskanie finasowania od funduszu jest zawsze sukcesem i najlepszą drogą dla startupu” – analizuje dr Olczak-Nowicka. „Bo nie jest” – konkluduje stanowczo, nim zdążymy chociażby otworzyć usta i powiedzieć coś. Cokolwiek. Nie mówimy więc nic, pozostajemy z otwartymi ustami i czytamy dalej:
„Kiedy startup X pozyskuje kilka milionów od VC, piszą o tym media, founder wrzuca zdjęcie zespołu na LinkedIn, fundusz chwali się kolejną inwestycją” – no, w sumie tak. Z tego co wiemy, to tak to wygląda.
„A potem cisza. Nie wiemy, czy firma urosła. Czy zebrała kolejną rundę. Czy inwestor na niej zarobił. Czasem nawet nie zauważamy, że kilka lat później spółki już nie ma.”
Nie wiemy, kim są ci, którzy nie wiedzą, ten podmiot zbiorowy przywołany przez dr Olczak-Nowicką. Czy to ona wespół z panami Nowosielskim oraz Janiakiem? Czy może to domyślna społeczność polskiego ekosystemu? Czy też może pani Magdalena pisze w imieniu polskich inwestorów, którzy owszem – dadzą pieniądze, ale potem już się spółką nie interesują?
Konkluduje z przytupem autorka posta, że za mało znamy historii o tym, jak startupy wykorzystały daną inwestycję.
I nawet nie próbujcie otwierać ust, by coś powiedzieć!
Zdobywca
Jeśli macie już dość życia od pierwszego do pierwszego, jeśli przejadła się Wam bieda powszechna i codzienność, to dobrze trafiliście. Bo za chwilę, dosłownie za kilka wersów, poznacie sekret bogactwa. A zdradzi go Wam – pan Oskar Lipiński.
W przeciwieństwie do wielu innych LinkedInowych influencerów, pan Oskar nie owija w bawełnę. Od razu do rzeczy przechodzi, bo akurat on wie, że czas to pieniądz. A o pieniądze Oskarowi chodzi. Nam zresztą też.
Zacznijmy od złych wieści: jeśli wzięliście kredyt na auto, jeśli kupujecie ubrania, żeby dobrze wyglądać w oczach innych i jadacie zbyt często na mieście, nigdy nie będziecie bogaci. Popełniacie niewybaczalne błędy, i co gorsza, zapewne popełniacie je codziennie. Póki nie zerwiecie ze złymi nawykami, nie ma dla Was ratunku i – i jak pisze pan Oskar – będziecie się dziwić, że „po roku będziecie w tym samym miejscu”.
Na szczęście pan Oskar Lipiński, mimo że jest bardzo zajętym człowiekiem (jak nas informuje, prowadzi biznesy, ma ponad sto tysięcy klientów i jeszcze zajmuje się Master Ecommerce Hub), to znajduje i czas, i dobre chęci, by zdradzić swój sekret.
Wirtualna asystentka, pomoc domowa i MacBook – to Wasze podstawowe wyposażenie, Wasz oręż w walce o wyższe zarobki. Do tego musicie jeszcze wydać pieniądze na jakościowy materac, saunę i masaż. A, no i pakiet na siłownię. Za ostatnie monety trzeba Wam jeszcze wykupić członkostwo w jakiejś „społeczności ambitnych ludzi” (ot, chociażby w Master Ecommerce Hub), a już od razu będziecie rosnąć pięć razy szybciej i bogacić się równie prędko.
Spryciarz
Znacie to zamyślone oblicze: tak, tak, to Maciej Sawicki, founder inStreamly. Znacie to oblicze, gdyż Maciej regularnie postuje na LinkedIn, budząc tym samym nasz podziw. Rzadko, w tym płynnym, zabieganym świecie, spotykamy kogoś tak konsekwentnego, oddanego sprawie i sprawnie zarządzającego swoim kalendarzem. Wszak nie każdy byłby w stanie znaleźć 45-60 minut dziennie, aby szlifować swojego LinkedIna.
A skąd o tym wiemy? Gdyż Maciej Sawicki krytycznie spojrzał na swoją działalność na biznesowej platformie. Wyszło mu, że mimo 300 godzin, które w ostatnim czasie poświęcił na LinkedIna, nie zarobił na tym ani on, ani jego spółka choćby jednego grosza. Nie pozyskał klienta, nie wygenerował kontraktu. Po prostu: „zero”, to samo zero, które pan Maciej wybija w tytule swojego posta. Caps Lockiem wybija.
Lecz nie dajcie się zwieść tej minie: nie smutek się na niej maluje. Maciej Sawicki nie jest bowiem zasępiony. On spogląda na nas wzrokiem przenikliwego stratega, który w LinkedInie dostrzega coś więcej niż tylko proste klepanie postów i poszukiwanie dealów.
„Cel to systematyczne zwiększanie prawdopodobieństwa tego, iż właściwi ludzie pomyślą o Tobie dokładnie wtedy, kiedy będą tego potrzebowali, a Ty będziesz gotowy, aby rozwiązać ich problem” – pisze autor posta, za nic mając swoje zero napisane Caps Lockiem.
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.