Oskar odmawia Pawłowi
Paweł Próchniak to COO, CFO i w ogóle bardzo uzdolniony człowiek. Wiemy to z jego LinkedIna, rzecz jasna. Czytając serwowane przez niego opowiastki, żałujemy, że nie jesteśmy takimi ludźmi sukcesu jak pan Paweł. Do swojego statusu doszedł ciężką pracą: jak sam pisze, spał pod biurkiem na pufie, a jego wrzody „były najwyższym dowodem lojalności wobec CEO”.
Dziś pan Paweł (miejmy nadzieję, że już bez wrzodów, za to z własnym łóżkiem) dorobił się stażysty. Stażysty Oskara. Oskar ma 25 lat i pan Próchniak ostatnio mu się uważnie przyglądał. Może nie tak wnikliwie jak obserwuje ludzi dr Wrzosek, ale jednak dostrzega pewne detale fizjonomiczne: brak siwych włosów. Jest za to gęsta grzywka. Pan Próchniak wie też, że Oskar „nie płacze w toalecie przed poniedziałkowym statusem”.
Co więcej, Oskar nie chce też zostać w biurze z panem Pawłem „na darmowy nadgodzinowy piąteczek i dać z siebie 110%.” No tak. Tak właśnie się stało.
Następnie Paweł Próchniak snuje dowcipną narrację zbudowaną na kontrastowym i jakże odkrywczym spostrzeżeniu, że młodzi ludzie dbają o swój dobrostan. I widzicie sami już, dlaczego cenimy posty pana Pawła. Z jednej strony autor posta wylewa żale, jak to przez wiele lat dawał się wykorzystywać biznesowi, a z drugiej strony pisze peany na rzecz młodzieży i statystów.
Swój wpis kończy tym, że po tym, gdy 25-letni Oskar zamknął laptopa, to pan Paweł poszedł w jego ślady. Czekamy na kolejne opowieści, panie Pawle – jesteśmy szalenie ciekawi, w ilu jeszcze dziedzinach zechce Pan naśladować dwudziestoparolatków.
Ostre cięcie, ale jednak nie
Tak samo jak cenimy pana Pawła Próchniaka za jego wiedzę, tak bardzo wielbimy panią Joannę Piwowarczyk, ekspertkę od korporacyjnej komunikacji i PR, za jej włosy. Te jej pukle, te jej fale, te miękko opadające kaskady!
Bożesz Ty mój, wzroku nie idzie oderwać! I wiecie co, w tym fryzjerskim ulubieniu nie jesteśmy sami. Bo jak w swoim poście pisze sama Joanna Piwowarczyk – „Joanna Piwowarczyk bez burzy loków nie będzie już tą samą Joanną Piwowarczyk!”
Ba, ale to nie koniec włosianego fan clubu loków pani Piwowarczyk. Po tym, gdy na platformach społecznościowych pani Piwowarczyk opublikowała merytorycznego posta ze zdjęciem swojej nowej fryzury otrzymała wiadomości aż od 37 osób!
Słownie – trzydzieści siedem, uwierzycie? Czy kiedykolwiek w Waszym życiu aż tyle osób zareagowało na Waszą fryzurę? Ale hola hola, ten tekst nie jest o Was. On jest o Joannie Piwowarczyk, wróćmy więc do naszej bohaterki i jej włosów. Oto bowiem dochodzi do ważnego momentu: pani Joanna, być może gładząc się po włosach, popada w zadumę i zadaje nam pytanie: „czy włosy są elementem marki osobistej?”
Po czym, być może po tym, jak przygryzła niesforny kosmyk włosów, odpowiada sama sobie: „są!” Ale zwykłe „są” nie wystarcza. Trzeba mocniej zaakcentować, trzeba dorzucić więcej: „fryzura to potężne narzędzie niewerbalne”, pisze Joanna Piwowarczyk i wszystkie 37 osób oraz cała nasza redakcja czuje, że włosy z ekscytacji stają nam dęba. Gdziekolwiek te włosy mamy. Po czym nieświadomie zestawia swoją fryzurę, swoją markę osobistą z „charakterystyczną czupryną Alberta Einsteina, nienaruszalnym bobem z grzywką Anny Wintour” czy też „wiecznie potargane włosy Borisa Johnsona”.
Kiedy wydaje się nam, że już więcej o włosach napisać się nie da – pani Joanna Piwowarczyk teatralnym gestem odrzuca grzywkę z czoła i po jej dumnym spojrzeniu już wiemy, że o włosach pani Piwowarczyk prawić może jeszcze długo. Rozpisuje się o długich lokach, kłania się w pas genom swojego ojca, opowiada o farbowaniu i kolorze. Mamy wstawkę o częstych podróżach w miejsca tropikalne, gdzie piwowarczykowe włosy układają się same.
A, i jeszcze najbliżsi czasem nazywają panią Joannę – Shakirą. Bo ma pudla na głowie.
Nie! I to też nie jest koniec, ponieważ pani Piwowarczyk rozwodzi się jeszcze, co ewentualnie na swojej głowie zmienić zamierza w przyszłości. I nie wątpimy, że w przyszłości nas o najdrobniejszej nawet zmianie poinformuje. Jeśli i Wy chcecie być na bieżąco z tym, co na głowie pani Joanny się dzieje – śmiało, dołączcie do jej fan clubu. 37 osób to zdecydowanie za mało.
Czy dzisiaj wtorek?
Na zdjęciu widzimy pana Wojciecha Semmerlinga, mentora z jakąś bardzo ważną i profesjonalną akredytacją. Pan Wojciech drapie się po policzku w geście powszechnie rozumianym jako gest zadumy, niepewności, może refleksji. Być może mentor Wojciech zastanawia się, czy zapiął rozporek, czy też nie.
Pytacie, skąd ten rozporek u nas, dlaczego o zamku wszytym w męskie spodnie na wysokości kroku rozprawiamy w obecności tak znakomitego gościa jak Semmerling Wojciech. Cóż, ten temat podsunął (a może – odsunął?) nam sam pan Wojciech. Twierdzi on, że im ktoś wyżej jest, tym trudniej znaleźć kogoś, kto powie tejże osobie, że ma rozpięty rozporek.
Wydaje się to zrozumiałe. Po pierwsze – im ktoś wyżej jest (w jakiejś hierarchii), tym zdaje się bardziej ogarnięty, bardziej dojrzały, a więc i rozporek zasuwa regularnie, odruchowo wręcz. Wszak kilka ładnych lat żyje i niejedną parę spodni wsuwał na siebie.
Po drugie, im ktoś wyżej jest (dosłownie), tym osobie będącej niżej (dosłownie), trudniej dostrzec rozpięty rozporek. Przecież to malutki zamek, często jeszcze sprytnie ukryty za skrawkiem materiału, a sami rozumiecie, że intensywne wpatrywanie się w okolice rozporka może być źle zrozumiane. I wywoływać dyskomfort u mężczyzny, w którego rozporek się wpatrujemy.
„Tylko że też nie zawsze chodzi o to, że Ty czegoś nie widzisz, czasem po prostu potrzebujesz kogoś, kto pomoże Ci zobaczyć to inaczej” – pisze fachowym mentorskim językiem Semmerling Wojciech. A my czerwienimy się ze wstydu, bo ostatnio jak nasz kolega miał rozpięty rozporek, to nie pomyśleliśmy, że potrzebuje on naszej pomocy. I ostro pocisnęliśmy po nim, a jeden kolega rzucił nawet gruby żart o cienkim pytonie, ale nie wypada nam tego dowcipu tu przytaczać.
„Przychodzisz z wątpliwościami, czy dobrze prowadzisz swój zespół, a zaczynasz dostrzegać, że nie wszystko, za co bierzesz odpowiedzialność, rzeczywiście do Ciebie należy” – a my zastanawiamy się, czy jest jakiś etap kariery zawodowej, po osiągnięciu którego już nie trzeba brać odpowiedzialności za zapinanie rozporka? I można dopytywać ludzi z zespołu, czy nasz rozporek jest zapięty?
Pan Wojciech kontynuuje dalej, nie zamyka wątku. Mówi, że czasem jest tak, że trzeba porozmawiać z kimś spoza środowiska. Z kimś, „kto nie poda Ci gotowej recepty na bycie kimś innym, a za to może zadać pytanie, po którym przez chwilę zapadnie cisza”.
A my spoglądamy na siebie, aż w końcu któryś z nas wstaje, wchodzi na redakcyjne biurko (by być wyżej) i pyta nas: „czy mam zapięty rozporek?”
Rzeczywiście, zapada cisza.
Jednak taki mentor jak Wojciech Semmerling to skarb. Dbajmy o takie skarby. W ogóle, o wszystkie skarby dbajmy.
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.