Jest taki moment w życiu każdego użytkownika LinkedIna, kiedy orientuje się, że miast przeglądać serwis biznesowy, tak właściwie czyta pamiętnik z rodzinnych wakacji. Jeszcze chwilę temu ktoś analizował dynamikę rund seed w Europie Środkowo-Wschodniej, debatował nad wpływem sztucznej inteligencji na produktywność albo tłumaczył, jak skalować startup od zera do pierwszego miliona przychodu. A potem nagle pojawia się zdjęcie trzylatka jedzącego loda.
I ten sławny, memiczny już tekst: „mój syn nauczył mnie dziś więcej o przywództwie niż wszystkie szkolenia managerskie razem wzięte”.
Dziecko wchodzi w buty dorosłego
Dziecko w polskim internecie biznesowym przestało być dzieckiem. Stało się mentorem. Coachem. Strategiem. Czasem wręcz konsultantem transformacji organizacyjnej. Dawniej przedsiębiorcy czytali Druckera, Mintzberga albo Taleba (a niektórzy wciąż czytają pana Briana Tracy’ego, uwierzycie?). Dziś wystarczy – ponoć – kilkanaście minut na placu zabaw.
Czytaj także: Czy Tracy traci na znaczeniu? O aktualności nauk amerykańskiego self-made mana
Dwulatek rzucający się na podłogę w galerii handlowej prowadzi natomiast inspirujący warsztat z zakresu odporności psychicznej. Czterolatek, który nie chce założyć butów, okazuje się ekspertem od negocjacji. Pięciolatka budująca z klocków wie więcej o iteracyjnym rozwoju produktu niż większość działów R&D. Siedmiolatek pytający „dlaczego?”, odkrywa przed zaascynowanym tatusiem tajemnicę customer discovery.
W tej opowieści, serwowanej nam przez domorosłych biznesmenów, dziecko nie jest już człowiekiem w procesie dorastania. Jest żywą metaforą, gotową do wrzucenia na slajd w prezentacji.
Oczywiście, nie ma nic złego w tym, że rodzicielstwo czegoś nas uczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy każde rodzinne doświadczenie musi zostać natychmiast przetworzone na uniwersalną lekcję biznesową. Jakby współczesny founder nie potrafił już po prostu być ojcem czy matką. Musi być jednocześnie obserwatorem, analitykiem i autorem inspirującego posta.
LinkedIn zamienia się wtedy w osobliwą wersję programu „Domowe przedszkole”. Tyle że zamiast wpadającej w ucho piosenki „Kolorowe kredki”, serwuje się nam refleksję o kulturze organizacyjnej startupu, którą autor wyprowadził z faktu, że jego córka nie chciała zjeść brokuła.
(posłuchajmy wszyscy razem piosenki „Kolorowe kredki”)
W tle działa jeszcze jeden mechanizm. W świecie biznesu od lat panuje inflacja autorytetów (no, może tą bańką, która wciąż czyta Briana Tracy’ego…). Trudno zabłysnąć kolejną analizą rynku, kolejnym komentarzem do AI albo kolejnym wpisem o produktywności. Dziecko daje coś bezcennego: autentyczność. A przynajmniej tak się rodzicowi wydaje. No bo tereotycznie jak polemizować z człowiekiem, który właśnie opowiada o relacji z własnym synem?
To trochę jak retoryczna tarcza ochronna. Jeśli ktoś napisze, że podczas wspólnego układania puzzli zrozumiał istotę budowania zespołów, trudno odpowiedzieć: „to brzmi trochę naciąganie”. Przecież chodzi o dziecko. O rodzinę. O emocje.
„Co ty wiesz o wychowywaniu dziecka, ty bezduszny krytyku?!”
Czy to jeszcze LinkedIn, czy to już Insta?
I właśnie tutaj dochodzimy do zjawiska, które psychologowie i badacze mediów określają mianem parentsharingu. To praktyka publikowania w internecie zdjęć, historii i informacji dotyczących własnych dzieci. Zjawisko znane od lat z Instagrama czy Facebooka. Dziś przeżywa ono ciekawą ewolucję, którą musimy oglądać i w którą niejako jesteśmy na siłę włączeni.
Dziecko przestaje być wyłącznie bohaterem rodzinnej opowieści. Staje się elementem marki osobistej.
Nie chodzi już tylko o pokazanie rodzinnego życia. Chodzi o pokazanie siebie jako rodzica. Mądrego rodzica. Refleksyjnego rodzica. Takiego, który nie tylko wychowuje dzieci, ale przy okazji zdobywa wiedzę wartą publikacji. Coraz częściej widać to szczególnie wśród ojców. Jeszcze kilkanaście lat temu polska kultura biznesowa produkowała głównie wojowników. Mężczyzn sukcesu, którzy spali po cztery godziny, jedli lunch w taksówce i nie widzieli dzieci przez większość tygodnia. Dziś obowiązuje nowy model. Founder ma być obecny. Czuły. Zaangażowany. Ma podrzucać naleśniki na patelni, chodzić na zebrania w przedszkolu i prowadzić głębokie rozmowy o emocjach. A następnie opisać to wszystko w poście liczącym 1800 znaków, wzbogacając codzienne czynności o wymiar biznesowy.
Mentor daddy
W rezultacie powstał nowy gatunek internetowy: ojciec-mentor. Nie jest to zwykły ojciec. To ojciec, który po każdej rozmowie z dzieckiem odkrywa uniwersalną prawdę o świecie. Jego syn właśnie nauczył go pokory. Córka pokazała mu znaczenie słuchania. Rodzinny spacer doprowadził do przewartościowania strategii firmy. Za każdym razem puenta jest podobna. „Dzieci są mądrzejsze od nas. Musimy się od nich uczyć. A ja, jako że jestem mądry tak w ogóle, to już się od mojego dziecka nauczyłem. Spójrz, jaki jestem jeszcze mądrzejszy.”
Brzmi pięknie. Do momentu, gdy przeczyta się setny taki wpis. Wówczas zaczyna się podejrzewać, że dzieci nie są już nauczycielami. Są nieświadomymi dostawcami contentu. Swoją drogą, największą ironią całego zjawiska jest to, że dzieci prawdopodobnie rzeczywiście mają nam coś ważnego do powiedzenia. Tylko niekoniecznie o zarządzaniu zespołem, strategii produktu czy przywództwie transformacyjnym. Może uczą nas czegoś znacznie mniej spektakularnego. Tego, że nie wszystko musi być lekcją. Nie każde doświadczenie wymaga podsumowania. Nie każda chwila potrzebuje puenty.
Dziecko budujące zamek z piasku nie tworzy frameworku innowacji. Po prostu buduje zamek z piasku. I być może właśnie dlatego jest od nas mądrzejsze. Zwłaszcza od tych, którzy już w drodze z plaży układają w głowie post zaczynający się od słów: „Dzisiaj mój pięcioletni syn przypomniał mi, czym naprawdę jest leadership”.
A tymczasem, dziecko zarzuca haczyk do morza i mówi: „chcę złapać pirata”.