Jon Williams (Native 1): Nie ma w Polsce żadnych barier do prowadzenia biznesu

Dodane: 06.09.2021

Damian Jemioło

Udostępnij:

Jon Williams to afroamerykański przedsiębiorca, który już od kilkunastu lat mieszka w Polsce i prowadzi tutaj firmę. Jest też kolejnym gościem cyklu #BiznesNieWyklucza. Jon opowiada o prowadzeniu biznesu w Polsce i różnicach pomiędzy nami a Amerykanami.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Europy, to trafiłeś do Francji. Dlaczego nie zdecydowałeś się, żeby zostać tam, tylko przyjechałeś do Polski?

We Francji byłem w ramach programu studenckiego, więc nawet o tym nie myślałem. Wróciłem na uniwersytet na kolejny rok, aby ukończyć studia ekonomiczne.

Przyjechałeś do Polski, kiedy dopiero co zrzuciliśmy jarzmo komunizmu. W polskiej historii lata 90. i 00. były trochę „dzikimi czasami”. Bezrobocie było gigantyczne, a Polacy dopiero uczyli się jak tworzyć biznes. Co było dla Ciebie najbardziej szokujące w tym biznesowym życiu w tamtych czasach?

Podczas mojego pierwszego pobytu w Polsce nie miałem jeszcze własnej firmy. Byłem nauczycielem języka angielskiego, zatrudnionym w szkole językowej. Na drugim roku nauczania kilku moich przyjaciół zapytało mnie, czy mogę uczyć ich biznesowego języka angielskiego, ponieważ ukończyłem ekonomię.

Wtedy zacząłem coraz częściej bywać poza Mikołowem i trochę bardziej zwiedzać Katowice. W tamtym czasie było wielu ludzi i firm, które były ambitne i chciały się rozwijać, aby wspiąć się na szczyt. Jako nauczyciel języka angielskiego w biznesie powiedziałbym, że więcej moich klientów było pracownikami w środowisku B2B. Pracowali dla firm z powiązaniami międzynarodowymi i potrzebowali języka angielskiego do funkcjonowania w tym środowisku.

Kiedy myślę o charakterze moich rozmów z uczniami na początku 2000 r., to zawsze pytali o porównanie, jak się robi biznesu tu, a jak tam. Jednak nie powiedziałbym, że doznałem tutaj jakiegokolwiek szoku. Wszystko wyglądało tak samo. Osoby pracujące na rzecz wspólnych celów organizacyjnych.

Myślę, że brakowało małych i średnich przedsiębiorców. W tamtym czasie funkcjonował swoisty wyścig o pracę w największych korporacjach w kraju. To dlatego też mamy teraz w Polsce tak wysokie wskaźniki wykształcenia wyższego. Jednak istnieje prawdziwy niedobór ludzi z małymi przedsiębiorstwami. A to one właśnie napędzają gospodarkę, a nie korporacje. I myślę, że ten brak był przyczyną tak wysokiego bezrobocia.

Dlaczego przeniosłeś się do niewielkiego miasta? Czemu nie Warszawa albo Kraków? Nie sądzisz, że tam łatwiej byłoby Ci znaleźć klientów?

Mikołów to niewielka miejscowość na obrzeżach Katowic. Myślę o tym jako o przedmieściach Katowic w tym sensie, że wielu ludzi tu mieszka a tam pracuje. Tu znalazłem swoją pierwszą okazję do podjęcia pracy w zawodzie. Dlatego właśnie udałem się do Mikołowa.

Jednak kiedy nadszedł czas powrotu i rozpoczęcia działalności, to stwierdziłem, że nie ma lepszego miejsca na otworzenie firmy niż to miasto. To tutaj zbudowałem relacje, znajomości i reputację wśród społeczności. I jest to wystarczająco duże miasto z ludźmi, którzy chcą poprawić sytuację swoją i swoich dzieci. Dlatego nie brakuje mi klientów. Czy w większym mieście, takim jak Katowice, miałbym więcej uczniów? Prawdopodobnie. Jednak doceniam również jakość bytowania, jakie oferuje Mikołów w porównaniu do życia w wielkim mieście.

Co myślisz o współpracy z Polakami? Jakie są różnice między nami a Amerykanami? Mam na myśli zarówno B2B, jak i B2C.

Różnice kulturowe pomiędzy Amerykanami a Polakami są raczej subtelne. Tak naprawdę mogę rozmawiać tylko o B2C, ponieważ to mój obszar działania. Powiem tylko, że jeśli chodzi o różnice kulturowe, istnieje kilka obszarów, które wyróżniają się i są unikalne dla każdego kraju. Są to znajomości i relacje interpersonalne oraz radzenie sobie z niepewnością.

W Ameryce lubimy „działać po imieniu”. Również small talk i silne relacje są tam kluczem do długotrwałych relacji. Powiedziałbym, że to stawianie na bliższe relacje jest tu w Polsce nieco słabsze. Polacy są bardziej świadomi linii podziału między hierarchią a podwładnymi jak ta między szefem a pracownikiem czy nauczycielem a uczniem.

W Ameryce jesteśmy też z reguły optymistycznie nastawieni do perspektyw biznesowych. Jednak gdy nie chcemy w czymś uczestniczyć lub współpracować, to jasno określamy nasze intencje. Dlatego „może” jest dla nas bliższe „tak”. Z mojego doświadczenia w Polsce „może” jest bliższe „nie”. Mogę się mylić, ale przypuszczalnie wynika to z tego, że Polacy albo nie chcą być konfrontacyjni, albo nie chcą kogoś zawieść.

Dobrym przykładem jest dla mnie sytuacja, w której ludzie „robią sobie przerwę” od lekcji. Powiedzą mi, że chcieliby zrobić sobie trochę wolnego od angielskiego. W przeszłości zaznaczałem dla nich miejsce w kalendarzu, a potem wracałem do nich tylko po to, by dowiedzieć się, że nadal „nie są gotowi”. Teraz wiem i rozumiem, że jest to „miękki” sposób na „zawiedzenie mnie”.

Twoim zdaniem są tutaj jakiekolwiek kulturowe bariery, które utrudniałyby prowadzenie firmy?

Nie powiedziałbym, że są tu jakiekolwiek bariery.

Czy uważasz, że bycie native speakerem „otworzyło Ci drzwi” do polskiego biznesie?

Nie mam pewności co do pytania, ale jeśli je rozumiem, pytasz, czy bycie native speakerem czyni mnie bardziej atrakcyjnym do prowadzenia biznesu? Jeśli tak jest, powiedziałbym zarówno „tak”, jak i „nie”.

Jako nauczyciele języka angielskiego, native speakerzy stanowią jeden segment rynku, a osoby niebędące native speakerami to inny segment. Aby pracować z native speakerem, trzeba być nieco bardziej ambitnym i myślę, że większość moich uczniów szuka tego wyższego stopnia trudności. Z drugiej strony, niektórzy uczniowie zrezygnowali, ponieważ chcieli kogoś, kto mógłby im więcej wyjaśnić w ich własnym języku. Jednak to bardzo mała liczba.

Doświadczyłeś kiedyś rasizmu w polskim biznesie?

Nie powiedziałbym, że ktoś zrezygnował z moich usług bądź odmówił robienia ze mną interesów, bo jestem czarny. Właściwie myślę, że jest odwrotnie. Raczej ludzie są ciekawi, jak wygląda życie osoby czarnoskórej tutaj i w USA.

Mieszkałeś w Los Angeles – jednym z najbardziej rozwiniętych i wielokulturowych miast świata. Sądzisz, że te aspekty są pomocne przy zakładaniu firmy? Na przykład ze względu na zasoby ludzkie.

Często się mnie o to pyta, ale myślę, że jest to naprawdę nieistotne. Ludzie zakładają firmy na podstawie rzeczy, w których są naprawdę dobrzy lub pasjonują się nimi. Sam jestem dobry i pasjonuję się nauczaniem języka angielskiego. Nie sądzę, żebym w Los Angeles miała wiele okazji, aby móc świadczyć takie usługi, bo tam wszyscy mówią po angielsku.

W LA byłbym częścią korporacyjnego krajobrazu, tak jak zresztą było w przeszłości. Jednak to nie było życie, którego chciałem, więc zdecydowałem się przenieść do miejsca, w którym mógłbym rozpocząć biznes oparty na nauczaniu języka angielskiego dla firm i osób prywatnych.

Gdzie Twoim zdaniem jest łatwiej założyć firmę? W USA czy w Polsce?

Trudno powiedzieć, bo nigdy nie próbowałem zakładać firmy w Ameryce. Powiem tylko, że założenie firmy tutaj było zaskakująco łatwe. Po prostu idziesz do urzędu miasta, wypełniasz dokumenty, załatwiasz sobie firmowe konto w banku i księgowego i jesteś właścicielem przedsiębiorstwa. Oczywiście odniesienie sukcesu jest trudniejsze, ale działalność może rozpocząć tutaj każdy.

A jak z różnorodnością w polskich firmach?

Trudno mi na to odpowiedzieć, ponieważ różnorodność tutaj jest nadal dość niewielka. Kiedy różnorodność się zwiększa, to tolerancja na tę różnorodność powinna również rosnąć, ale znowu trudno mi powiedzieć.