Każdego dnia sobie pomagam i przestaję się wstydzić tego, że czasem jest ciężko i nie ogarniam – Grzegorz Miecznikowski

Dodane: 02.11.2021

Kasia Krogulec

Udostępnij:

– Z tyłu głowy mam to, że depresja może wrócić w każdym momencie. Że wystarczy jeden moment nieuwagi, opuszczona sesja u psychoterapeutki, jedna stłumiona emocja, którą pogrzebię gdzieś głęboko, jeden tydzień bez uważności, jeden miesiąc bez zrobienia nic dla siebie, czy pół roku w złej relacji, aby depresja wróciła na nowo – mówi Grzegorz Miecznikowski, ekspert LinkedIn, szkoleniowiec, bloger, specjalista od komunikacji, optymalizacji sprzedaży i rozwoju biznesu.

Jak przebiegała Pańska kariera zawodowa? Od czego się zaczęła?

Grzegorz Miecznikowski: A tutaj pewnie wszystkich zaskoczę, bo od teatru i filmu. Jako dziecko i nastolatek byłem aktorem, dubbingowałem reklamy, prowadziłem programy telewizyjne.

Dopiero w liceum poczułem powołanie do pisania i w tym kierunku zacząłem się rozwijać. Na sam koniec liceum udało mi się dostać do Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy Polis, pracować i uczyć się pod okiem doświadczonych kolegów i koleżanek dziennikarstwa, przy projektach, które były wtedy realizowane. Mimo że nie wybrałem studiów kierunkowych, a filologię ukraińską, to trafiłem już na pierwszym roku do Agory i do Gazety Wyborczej, gdzie na początku byłem „redaktorem internetu”. Potem wyjechałem do Kijowa, studiować i pracować przy ukraińskim Bloxie, pisałem też felietony do Gazety. Po powrocie z Ukrainy przerzuciłem się już tylko na pisanie. Kiedy odszedłem z Wyborczej, zająłem się marketingiem sportowym.

Potem trafiłem do polskiego oddziału LEWIS PR, globalnej agencji PR do sprzedaży. Mimo że ta przygoda nie trwała długo, bo tylko rok, dużo się tam nauczyłem. Później zająłem się współpracą ze startupami. A teraz, już od 7 lat, prowadzę własną agencję pod marką grzegorzmiecznikowski.pl.

Czy jest coś jeszcze w Pańskim życiu zawowodym poza agencją?

Występuje na konferencjach w Polsce i za granicą, piszę e-booki, szkolę, doradzam, tworzę strategie, a z moim kameralnym zespołem obsługujemy klientów z sektora MŚP, pomagając im w social sellingu, komunikacji na LinkedIn, marketingu inkluzywnym czy tym skierowanym do cudzoziemców i expatów.

Poza tym jestem także aktywistą. Zajmuje się prawami człowieka – głównie społeczności LGBT+ i kobiet, śpiewam w pierwszym polskim chórze osób LGBT+ – Voces Gaudii i jestem członkiem zarządu stowarzyszenia Voces Gaudii.

Wiosną tego roku ukazał się także poradnik „Jak mówić i pisać o osobach LGBT+”, którego jestem współautorem

Jest tego trochę! I nie jest to tak naprawdę jeszcze wszystko.

Mój chłopak ostatnio stwierdził, że przecież mam sto prac i dwieście zawodów! Odpowiedziałem, że tylko jedną. I jest to bycie sobą (śmiech).

Czy świadomie wybrał Pan zawód, czy to był przypadek?

Chyba nikt nie mówi sobie w dzieciństwie, że będzie dłubał internety, założy agencję i zajmie się komunikacją marek B2B czy sprzedażą.

Przynajmniej ja nie znam takich dzieciaków (chyba że mówimy o zostaniu influencerem lub influencerką, to już co innego). Przejście do marketingu i sprzedaży było raczej najbardziej oczywistym wyborem. Bo gdzie indziej mógłbym wykorzystać umiejętności pisania, komunikacji, przeprowadzania akcji specjalnych czy występowania na scenie. Kiedy jedne drzwi się zamykały, po prostu otwierały się inne i trzeba było wybrać czy przez nie przejść, czy nie. W mediach się wypaliłem, poza tym pensja dziennikarza prasowego (a były to czasy też dużych zwolnień i obniżek) już nie starczała mi na utrzymanie. Przyznam szczerze, że lubiłem jeździć po Polsce i robić reportaże, lubiłem prestiż związany z zawodem dziennikarza, ale jeszcze bardziej (do tej pory) lubię jeść. Umówmy się, że zupą z fejmu i prestiżu dość trudno się najeść. Zresztą podobnie to wygląda w początkujących startupach.

A decyzja o własnej agencji? Wydawała mi się już naturalnym następstwem, także tego, że w pewnym momencie człowiek jest po prostu zmęczony odpowiadaniem przed kimś, kto nie zawsze ma rację czy kieruje się „inną” etyką biznesową w stosunku do klientów czy inwestorów.

Co potoczyło się nie tak?

Nic nie musi potoczyć się nie tak, żeby ktoś zachorował na depresję. Depresja często oznacza, że zbyt długo sami dawaliśmy radę ze wszystkim. To wbrew pozorom nie jest choroba ludzi „słabych”, a tych, którzy byli silni (czasem ponad siły) zbyt długo.

Moja depresja rozwija się na kilku płaszczyznach i prawdopodobnie żyłem z nią wiele, wiele lat. Gdybym uprawiał hazard, a moje zdrowie psychiczne byłoby kartami, miałbym w ręce Królewskiego Pokera. Jestem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika (DDA), walczyłem i wygrałem z nowotworem. Depresja maskowana została u mnie zdiagnozowana w we wrześniu 2018 roku.

Od grudnia 2017 r. mój nastrój zaczął się bardzo pogarszać. Po rozstaniu z moim narzeczonym, z którym mieliśmy brać ślub za granicą, po prostu się rozpadłem. Było też na tyle traumatyczne (tak jak i kolejna relacja), że dostałem PTSD. Przestałem być sobą. W głowie działy się różne rzeczy, które prowadziły mnie do bardzo, ale to bardzo ciemnych miejsc.

Przez 9 miesięcy słyszałem bardzo różne diagnozy. Nerwica, wypalenie zawodowe, załamanie nerwowe, zaburzenia nastroju. Aż w końcu została wydana ta prawidłowa.

Czym jest depresja maskowana?

W skrócie depresja maskowana to specyficzny rodzaj zaburzeń depresyjnych, które dają mało charakterystyczne objawy, różniące się od klasycznych symptomów tej choroby. Mogą to być różnego rodzaju bóle, lęki, fobie, natręctwa, problemy z układem krążenia, zaburzenia odżywiania, skłonność do używek i wiele, wiele innych.

I nie było mi łatwo to usłyszeć. Zwłaszcza że według diagnozy, depresję mogłem mieć od kilku lat. Ba! Nie myślałem do tamtej pory o sobie jak o kimś, kto choruje. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ostatnią rzeczą, którą można o mnie powiedzieć jest to, że mam depresję. Zawsze czysty, wypachniony, rzucający żarcikami, służący ramieniem, aktywny zawodowo i życiowo.

Kim jest osoba chora na depresję?

Wie Pani, jest taki cytat z „Krainy Prozaca”: „Depresja jest nudą w czystej postaci. Terminu depresja używa się i nadużywa ostatnio, ale nigdy w związku z czymś dzikim, szalonym, nigdy w odniesieniu do kogoś, kto przetańczył całą noc z abażurem na głowie, a potem poszedł do domu i się zabił.”

Lubię ten cytat. Bo jest tak bardzo o mnie. Bo o depresji nie mówi się kontekście osoby, która może mieć bardzo udane życie, ale po świetnym występie na konferencji, łyknęła dwa opakowania proszków nasennych. Ani w stosunku do osoby, która po zdobyciu branżowego wyróżnienia, stała na parapecie mieszkania na 11. piętrze, z nadzieją spoglądając w dół.

Zaakceptowałem, że mam depresję. I było to najlepsze, co mogłem zrobić dla siebie od czasu jej zdiagnozowania, prawie 3 lata temu. Równo 2 lata temu podjąłem też inną dobrą decyzję. Pierwszy raz powiedziałem o mojej depresji publicznie.

Minęło już 9 miesięcy bez epizodu depresyjnego. Cały czas liczę kolejne dni bez myśli samobójczych, bez mówienia sobie, że do niczego się nie nadaję, że to, co robię nie ma znaczenia. Czasem czuję się, jakbym rysował kolejne kreski na murze. Albo ukradkiem zżerał czekoladki z kalendarza adwentowego, widząc kątem oka ile okienek, zostało jeszcze mi do końca.

Bo z tyłu głowy mam to, że depresja może wrócić w każdym momencie. Że wystarczy jeden moment nieuwagi, opuszczona sesja u psychoterapeutki, jedna stłumiona emocja, którą pogrzebię gdzieś głęboko, jeden tydzień bez uważności, jeden miesiąc bez zrobienia nic dla siebie, czy pół roku w złej relacji, aby depresja wróciła na nowo.

Depresja często łączy się z wypaleniem. Czy doświadczył Pan wypalenia zawodowego?

Nie. W ogóle. Nie miałem wypalenia zawodowego. Na co dzień funkcjonuję też normalnie, odnoszę sukcesy w życiu zawodowym, spotykam się ze znajomymi, jestem wesoły, wychodzę do ludzi, myje się, nie mam tłustych włosów, dbam o siebie, ubieram się fajnie.

Mam fajne życie. Biznes się kręci, podróżuję, zbieram pochwały od zadowolonych słuchaczy wykładów i prelekcji, szkoleń i klientów, którzy dzięki współpracy ze mną jeszcze mocniej podkręcają swoje przychody i sprzedaż, a potem polecają mnie dalej.

Jestem ogólnie bardzo zadowolonym człowiekiem. Uśmiecham się, opowiadam dowcipy, służę ramieniem wszystkim dookoła, pojawiam się na biznesowych meetupach, chodzę na imprezy, tańczę, śpiewam i daję koncerty. Jest mi naprawdę dobrze!

Depresja sprawiła, że nie miałem sił na wiele rzeczy, ale nie jest tak, że nie chciałem ich robić. Dodatkowo często osoby chore na depresję uciekają… w pracę.

Mam taką listę rozpoczętych, ale niedokończonych projektów. Na tej liście zadań wiszą m.in. e-book o sprzedaży usług agencyjnych, kilka rozgrzebanych tekstów na bloga, reportaż o depresji w biznesie (wymagający updejtu od jego bohterów i bohaterek), komiks dla dzieciaków, kilka autorskich piosenek, które wymagają poprawek, ale przede wszystkim zaśpiewania i nagrania. I jak patrzę po datach ich zaczęcia, to one wbrew pokrywają się z epizodami depresyjnymi. Depresja nie musi łączyć się z wypaleniem zawodowym, a wypalenie zawodowe, chociaż może być objawem depresji, wcale nie musi do niej prowadzić.

Jak sobie Pan poradził?

Przede wszystkim poszedłem na terapię. Niestety, ponieważ depresja maskowana jest dość specyficznym rodzajem zaburzeń depresyjnych, leki nie do końca pomagają, więc regularnie chodzę łatać dziury w swojej psychice przy pomocy doświadczonej i wyrozumiałej psycholożki.

Według badań Michaela Freemana z University of California na depresję cierpi, aż 1 na 3 biznesmenów. Według statystyk i badań przeprowadzonych w Polsce każdego dnia szesnastu Polaków odbiera sobie życie. Na depresje choruje aż 1,5 mln ludzi.

Przedsiębiorcy (zarówno mniejsi, jak i właściciele dużych firm) znajdują się w grupie ryzyka, bo stres jest nieodłączną częścią działalności gospodarczej.

Podjąłem także okropnie trudne decyzje o wycięciu z życia relacji, które zatruwały moje myśli, moje serce i sprawiały, że czułem się po prostu, malutki i nieważny. Jest taki piękny cytat z filmu „Hector and the Search for Happiness”, gdzie Simon Pegg zastanawia się, czym jest miłość i jak sprawdzić, czy to jest „właśnie to”. Współpasażerka w samolocie mówi, że wystarczy odpowiedzieć sobie na jedno proste pytanie: Does this person bring you predominantly: a) up or b) down?

Przez te lata nauczyłem się też po prostu nie wymagać niebotycznych rzeczy od siebie. Co rano wykreślam połowę rzeczy z mojej listy „to do”. Cały czas uważamy, że osiągnęliśmy za mało, że nie jesteśmy jeszcze tak bogaci, nie pracujemy, tyle ile powinniśmy na ten sukces i nie jesteśmy wystarczająco szczęśliwi.

Ale pora w końcu zacząć być szczęśliwymi… i pora zacząć rozmawiać o problemach, zamiast zamiatać je pod dywan. A w zrozumieniu depresji – swojej lub czyjejś jest wszystko – miłość, szacunek, przyjaźń i najważniejsze – troska.

Co mógł Pan zrobić inaczej?

Nic nie mogłem zrobić inaczej. Czy byłem gotowy wcześniej poprosić o pomoc? Nie. Czy miałem jak i kiedy nauczyć się zarządzać własnymi emocjami? Nie. Prawda jest taka, że pokolenia dzisiejszych trzydziestokilkulatków nikt tego nie uczył. Naszych rodziców również. O emocjach, o depresji, zaburzeniach psychicznych, chorobach duszy mówi się dopiero głośno w Polsce od kilku lat.

Małgorzata Halber w jednym ze swoich tekstów pisała: „Jestem jak zatarty silnik na zaciągniętym hamulcu. Wiem, że potrzebuję ludzi, a jednocześnie kompletnie nie umiem się do nich zbliżyć w tym stanie, panicznie się tego boję”.

Mogę się tylko pod tym podpisać. Podejrzewam, że nie tylko w moim przypadku jakaś dysfunkcyjna część osobowości mówi: „przestań narzekać i użalać się nad sobą, zrób coś ze sobą w końcu!”

I robię. Każdego dnia robię dla siebie coraz więcej i coraz bardziej otwieram się na emocje, które uważałem zawsze za toksyczne. I każdego dnia sobie pomagam i przestaje się wstydzić tego, że po prostu czasem jest ciężko, że nie ogarniam. A kiedy ogarniam po prostu pozwalam sobie na dzień kołderki, płacz albo lenistwo.

Jak zachowuje Pan równowagę? Co Panu pomaga?

Takich sposobów mam kilka. Ale przede wszystkim, kieruje się tym, co kiedyś powiedział Wiktor Osiatyński: „Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność”.

To była dla mnie trudna sztuka do opanowania, żeby zluzować, żeby umieć się od siebie odpieprzyć. Zwłaszcza że cały czas wydaje nam się (także i mi), że osiągnęliśmy za mało. Świat i tak narzuca wystarczająco dużo presji na bycie ładniejszym, doskonalszym, mądrzejszym. I w tym wszystkim zapominamy, że to, jacy jesteśmy, w zupełności powinno wystarczyć do tego, żeby być kochanymi, odnosić sukcesy, żyć dobrze.

Dlatego przede wszystkim, daję sobie czas i miejsce na to, żeby moje baterie były wyładowane, a głowa pełna różnych myśli. Dlatego sposobem na te wyładowane baterie jest odpoczynek, a na kłębiące się myśli – po prostu przemyślenie ich i konfrontacja z nimi. Tutaj nie ma magicznego sposobu i drogi na skróty.

Dlatego dbam o siebie i swoje uczucia. A to, co pomaga, to robienie sobie regularnie cyfrowego detoksu i wyjazd na łono natury, totalne odłączenie się od cyfrowego świata, nabranie dystansu i złapanie szerszej perspektywy na wiele spraw.

A jeśli nie mogę wyjechać, a chce coś z siebie wyrzucić – piszę piosenki, bawię się w komponowanie muzyki i śpiewam, także z Chórem Voces Gaudii, który jest gromadą przewspaniałych osób, które przez 7 lat, odkąd jesteśmy razem, widziały mnie już w różnych „stanach skupienia”. Teraz szykujemy np. koncert na 17 grudnia w Warszawie, więc tych odskoczni trochę jest.

Od dwóch lat prowadzę także dziennik, w którym wszystko zapisuję, także myśli i emocje i nazywam je, co pomaga mi się z nimi uporać.

Na jakie alarmujące sygnały depresji powinniśmy zwrócić uwagę?

Jeśli ktoś czuje ogólne pogorszenie nastroju, ciągłe poczucie smutku i nieszczęścia, obojętność na to, co dzieje się wokół nas, stany lękowe pojawiające się znienacka, ma pogorszoną samoocenę, brak apetytu, kłopoty ze snem, koncentracją, traci siły psychiczne i fizyczne, ucieka w pracę lub okresowo nadużywa alkoholu albo narkotyków, w głowie pojawią się myśli samobójcze, to znak, że pora udać się do psychologa.

Depresja stanowi obecnie czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie i dotyka około 10 proc. populacji. Jest to choroba, która może dotknąć każdego, co jeszcze raz powtórzę – w każdym wieku, niezależnie od płci, orientacji seksualnej, tożsamości płciowej, wyznania, wykształcenia czy pozycji społecznej. Cierpią na nią osoby, które doświadczyły w życiu nieszczęścia, ale również osoby spełnione zawodowo i ci „ludzie sukcesu” z pierwszych stron gazet i magazynów branżowych.

I pamiętajmy o tym. Bo problem może akurat nas nie dotyczyć, ale niewykluczone, że w przyszłości będzie dotyczyć nas lub kogoś, kogo kochamy.

 

Przeczytaj inne wywiady z serii #OcaleniWypaleni