Gdyby Stanley Kubrick żył i postanowił nakręcić sequel swojej kultowej odysei, tym razem z akcją osadzoną nad Wisłą, HAL 9000 prawdopodobnie nie odmówiłby otwarcia drzwi kapsuły z powodu błędu systemu. Odmówiłby, bo wszedłby w spór kompetencyjny z podwykonawcą, obraził się na tweet rzecznika prasowego, a na koniec złożył skargę do Państwowej Inspekcji Pracy. Witamy w polskim sektorze kosmicznym – uniwersum, w którym odległość od wzniosłego per aspera ad astra do przyziemnego, polskiego piekiełka mierzy się nie w latach świetlnych, lecz w minutach potrzebnych na opublikowanie emocjonalnego postu w mediach społecznościowych.
Osiedlowe spory
Gdyby przybysz z innej planety próbował zrozumieć polski sektor kosmiczny wyłącznie na podstawie medialnych doniesień z ostatnich miesięcy, mógłby dojść do wniosku, że jest to jedna z największych gałęzi naszej gospodarki – co najmniej na miarę górnictwa, energetyki albo piłki nożnej. Ostatnio bowiem trudno znaleźć tydzień bez nowego konfliktu, sporu, kryzysu, oświadczenia lub internetowej awantury. Problem polega na tym, że polski spacetech nie jest ani wielki, ani szczególnie liczny. To środowisko stosunkowo niewielkie, składające się zaledwie z kilku kluczowych spółek, kilkudziesięciu najważniejszych podmiotów i instytucji, w których eksperci, przedsiębiorcy i urzędnicy często znają się osobiście. Tym bardziej zdumiewające jest tempo, z jakim ten mikroskopijny ekosystem produkuje własne kryzysy wizerunkowe, jakbyśmy nie wysyłali rakiet w kosmos, lecz prowadzili osiedlowy spór o to, że jakiś młodzian zaparkował na miejscu, które „od zawsze” okupuje sąsiad z trzeciego piętra w drugiej klatce, który w tym bloku też mieszka „od zawsze”.
Czytaj także: A miało być tak pięknie… Pierogiem w polskiego astronautę. Bo niepoważny jest
Z jednej strony mamy tu do czynienia z intelektualnym i biznesowym Everestem. W ostatnich latach udało się osiągnąć rzeczy, które jeszcze dekadę temu brzmiałyby jak fragment ambitnej literatury science fiction. ICEYE deklasuje globalną konkurencję, wyrastając na jednego z liderów w obszarze satelitów radarowych, a rodzime spółki budują komponenty dla misji kosmicznych i rozwijają systemy obserwacji Ziemi dla Europejskiej Agencji Kosmicznej. Co więcej, Polska ma astronautę – Sławosz Uznański-Wiśniewski, spoglądając na Ziemię z okien Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, udowodnił, że tzw. „polska myśl techniczna” nie cierpi na kompleksy niższości. Osiągnęliśmy dojrzałość, o której marzyli tylko najwięksi realiści realizmu magicznego. Z drugiej strony jednak, największym osiągnięciem polskiego spacetechu bywa nie tyle wysyłanie technologii na orbitę, ile regularne wysyłanie własnych problemów na czołówki mediów.
Czytaj także: Dr Sławosz Uznański-Wiśniewski: misja IGNIS to milionowy kapitał dla polskich firm
Zarżnięta kura znosząca złote jaja
Rola PR managera w tej branży przypomina dziś pracę sapera, który zamiast wykrywacza metalu otrzymał smartfon z dostępem do LinkedIna, a pole minowe ułożyli jego właśni koledzy. Pozwalam o tym sobie napisać, bo regularnie śledzę polski PR – z przyczyn zawodowych oraz pobudek hobbystycznych. Najbardziej symboliczny był chyba głośny, niemal groteskowy spór o „pieroga”, który uderzył wizerunkowo w naszego astronautę. Sam fakt, że przyszły historyk polskiej astronautyki będzie musiał poświęcić osobny przypis konfliktowi wokół tego, co astronauta zjadł lub czego nie zjadł w kosmosie, jest osiągnięciem samym w sobie. W kraju, który przez dziesięciolecia marzył o własnym kosmonaucie, polska machina promocyjna potrafiła potknąć się o własne nogi, zamieniając historyczny moment w narodową debatę o odpowiednim stopniu powagi pieroga. Zamiast budować mit współczesnego Prometeusza, zaserwowano nam spektakl godny grotesce kina Stanisława Barei, a nie rozmachowi Stanleya Kubricka.
To jednak był dopiero początek karuzeli absurdu. Prawdziwe, najciekawsze rzeczy zaczęły dziać się nie na orbicie, ale na LinkedInie, gdzie można było obserwować narastającą frustrację części środowiska. Szczególnie wyraźnie wybrzmiewała ona w wypowiedziach Macieja Myśliwca, jednego z aktywniejszych PR managerów branży kosmicznej i założyciela Space Agency. Jego wpisy doskonale oddają emocjonalną temperaturę panującą w kuluarach. Przebija z nich bolesne poczucie zmarnowanej szansy i smutek idealisty, który pisał wprost o „zarżnięciu kury znoszącej złote jaja”. Misja IGNIS miała stać się wieloletnim impulsem i świętem dla całego sektora, a została sprowadzona do komunikacyjnego paraliżu, instytucjonalnej bezczynności i odsuwania ludzi z wizją. Co więcej, w przestrzeni publicznej pojawiły się próby ograniczania wypowiedzi samego Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, gdy ten – kierowany troską o przyszłość polskiego kosmosu – zaczął zadawać merytoryczne pytania o strategię i priorytety Polskiej Agencji Kosmicznej (POLSA).
Obrazu tej wizerunkowej katastrofy dopełnił fakt, że do samej Agencji wkroczyła Państwowa Inspekcja Pracy, badając doniesienia o mobbingu i wewnętrznych nieprawidłowościach. Gdy najważniejsza instytucja odpowiedzialna za wizerunek kraju w przestrzeni kosmicznej staje się bohaterem kronik lęku, systemowych dysfunkcji i personalnych napięć, PR manager może już tylko bezradnie rozłożyć ręce.
Paradoks na paradoksie i paradoksem pogania
W polskim sektorze kosmicznym ludzie sprawiają wrażenie, jakby kłócili się między sobą o niewykorzystany potencjał. Brzmi to niemal szlachetnie, ale w gruncie rzeczy polski spacetech cierpi na klasyczną chorobę wieku dojrzewania. Tyle że ci sami ludzie sprawiają właśnie, że ten potencjał się marnuje. Ot, paradoks. Przez lata sektor funkcjonował w cieniu, niewidoczny dla obywateli. Teraz nagle pojawiła się uwaga mediów, polityków i opinii publicznej, a wraz z nią przyszły wielkie ambicje, oczekiwania i konflikty. To trochę jak los zespołu muzycznego, który przez dekadę grał w klubach dla stu osób, a pewnego dnia wyprzedał stadion. Sukces nie rozwiązał problemów – on je najpierw wywołał, a następnie bezlitośnie ujawnił. Struktury państwowe w starciu z dynamiką nowoczesnego biznesu kosmicznego zachowują się jak archaiczny system operacyjny, który zawiesza się przy próbie otwarcia pliku nowej ery. W efekcie pamięć o misji astronautycznej musiała być ratowana jesienią przez oddolne, partyzanckie akcje promocyjne pasjonatów, by nie zginęła w mrokach urzędniczych szuflad.
Być może właśnie dlatego najbardziej poszukiwanym specjalistą nad Wisłą nie powinien być dziś inżynier napędów rakietowych ani konstruktor satelitów, lecz wyjątkowo cierpliwy psychoterapeuta albo PR manager o nerwach ze stali. Ale stali na tyle zahartowanej, by nie wylewać publicznie swoich żali i tym samym – nie dolewać oliwy do ognia. Wyobraźmy sobie jego dzień pracy: rano odpowiada na pytania o strategię narodowego programu kosmicznego, w południe gasi kryzys związany z mobbingiem w agencji, po południu próbuje ratować komunikację misji IGNIS, wieczorem zapewnia dziennikarzy, że sektor nie jest w stanie wojny domowej, a następnego dnia budzi się i odkrywa, że internet znów dyskutuje o pierogach.
Czytaj także: Rok 2024 za nami. Co się wydarzyło w „polskim spejsie”?
Prawdziwy paradoks polega na tym, że polski sektor kosmiczny ma dziś więcej realnych powodów do dumy niż kiedykolwiek wcześniej. Mamy unikalne kompetencje, międzynarodowe sukcesy i rozpoznawalność. A jednak chwilami zachowujemy się tak, jakbyśmy byli skazani na katastrofę i mieli zaraz roztrzaskać się o asterodię. Być może to najbardziej polski element całej tej historii. Naród, który przez stulecia doskonalił sztukę spierania się podczas największych sukcesów, nie zamierza rezygnować z tej tradycji nawet wtedy, gdy wreszcie sięga gwiazd. W końcu można bez większych przeszkód zabrać Polaka w kosmos, znacznie trudniej jednak zabrać z kosmosu naszą rodzimą skłonność do sporów. Czas ucieka nieubłaganie, a okno transferowe dla polskiego spacetecha nie będzie otwarte wiecznie. Jeśli nie nauczymy się rozmawiać o technologii z klasą, merytorycznie i bez prowincjonalnych fochów, zamiast gwiazd pozostanie nam jedynie oglądanie, jak inne narody kolonizują orbitę, podczas gdy my wciąż będziemy rzucać w siebie wizerunkowymi pierogami na własnym, małym podwórku.