#OHO!: co pokazał Tomasz Karwatka, Ina Rybarczyk śpiewa bluesa o 5 nad ranem, dr Maciej Dębski zaorał Zuckerberga

Dodane:

MamStartup logo Mam Startup

#OHO!: co pokazał Tomasz Karwatka, Ina Rybarczyk śpiewa bluesa o 5 nad ranem, dr Maciej Dębski zaorał Zuckerberga

Udostępnij:

Tylko u nas zobaczycie coś, czego nigdy nie widzieliście, a co pokaże nam Tomasz Karwatka. Wsłuchacie się w balladę rozwojową, śpiewaną przez samotniczkę Inę Rybarczyk, a dr Maciej Dębski łapie za fraki Mareczka Zuckerberga.

Tomasz Karwatka pokazuje: sukces

Pan Karwatka lubi pokazywać: swoją metodę na biznes, swoje inwestycje, swoją książkę. I słusznie, bo Tomasz Karwatka ma co pokazywać. Sami też pokazujemy regularnie to, co pokazuje Tomasz. Jednak nawet nas, weteranów karwatkowych pokazów, jego niedawny wpis wprawił w osłupienie. Takie pozytywne, zaniemówiliśmy z wrażenia.

„Niestety całe pokolenia przedsiębiorców w Polsce nie miały okazji zobaczyć jak wygląda sukces”

pisze autor. I my faktycznie, jakbyśmy obuchem po łbie dostali. Nagle dochodzi do nas, wciąż choć w zwolnionym tempie, że ani my, ani nasi ojcowie, ani nawet pradziadowie parający się przedsiębiorczością, nie widzieli nigdy sukcesu. Z przeciwległego końca drugiej półkuli biegnie ku nam druga myśl, a może intuicja, przeczucie neuronem niesione – że tak coś czujemy, iż to właśnie Karwatka Tomasz nam ten sukces pokaże.

I rzeczywiście: pokazuje.

Sukces.

Na zdjęciu widać Tomasza Karwatkę, który pisze o sobie, że zrealizował ponad 40 inwestycji jako CTT.

Sukces.

Inną fantastyczną cechą pana Tomasza jest to, że dzieli się też swoją wiedzą i doświadczeniem. Nie inaczej jest teraz. Gdy już się napatrzymy na sukces, to wczytajmy się w posta. Warto, bo z pierwszej ręki dostajemy bezcenną poradę:

„Nie idź po pieniądze do VC, jeśli nie wierzysz, że możesz zbudować unicorna. Szkoda Twojego czasu i czasu inwestora.”

I znów, jak obuchem w łeb. Do tej pory wydawało się nam, że jak powiemy inwestorowi (tudzież Poli Venczer), że przychodzimy właśnie z przyszłym unicornem, to nas wyśmieją. Zlekceważą. Albo, co najgorsza, uwagi nawet nie zwrócą. Kto jeszcze z inwestorów chciałby słuchać kolejnej niekończącej się opowieści o tym, że budujemy jednorożca. No bo iluż to takich śmiałków było przed nami, obiecujących złote góry? Myśmy myśleli, że trzeba tak przyziemnie, konkretnie pomysł opisać, jakiś slajd z liczbami, może powołać się na raport. Że może na początku warto jednak tak spokojniej zacząć narrację, o skalowaniu na kraje ościenne co najwyżej. Gdzie by tam od razu o tym jednorożcu, no nie, no spokojnie, wstrzymaj konie i tego jednorożca też wstrzymaj.

Ale że i my chcemy mieć jakiś sukces, to wsłuchamy się w rady Tomasza Karwatki i teraz każdy pitching zaczniemy od deklaracji: „wierzymy, że mamy dla ciebie, drogi inwestorze, jednorożca”. Potem tę tezę powtórzymy raz czy pięć i jeszcze to będzie nasz finałowy przekaz.

Panie Tomaszu, będzie OK?

Gdy jest Ci smutno, to Ina Rybarczyk miała gorzej

Nastrojowe, czarno-białe zdjęcie. Nieobecne spojrzenie. Zamyślona poza uwypuklona podbródkiem opartym o dłoń. Już wiemy, że ten post mniej związku będzie mieć z biznesem, a bardziej poruszy najczulsze struny naszej duszy. I tak właśnie robi Ina Rybarczyk, która bierze gitarę i harmonijkę ustną, by podzielić się z nami swoją życiową opowieścią.

Opowieść z gatunku tych, które śpiewają zazwyczaj brodaci faceci, strojący się w dżinsowe kurtki i kowbojskie buty. Tekst z cyklu „byłam na szczycie, miałam wszystko, było mi tak dobrze, a teraz telefony już nie dzwonią i stałam się samotniczką”. Nieśmiertelne story, w którym wspinaczka na szczyt kończy się gwałtownym upadkiem, sturlikaniem się z góry, like a rolling stone, like completelny unknown.

Ale że to jest LinkedIn, a nie kultowe schronisko pod Durbaszką, to historia pani Iny nie kończy się na solówce zagranej na harmonijce. Nie. Tu musi być morał. Opowieść, że upadek przyniósł pani Rybarczyk bezcenną lekcję.

„Pierwszy raz zobaczyłam bardzo wyraźnie, że część ludzi nie była zainteresowana mną. Była zainteresowana moją obecnością, możliwościami, kontaktami, energią, tym, co mogłam dać” – odkrywa nową dla siebie, a nas zupełnie starą prawdą, jako że nami już od dawien dawna nikt się nie interesuje. Ina Rybarczyk odnajduje w sobie jednak siłę, zaczyna rozkręcać nowe przedsięwzięcia, nowe projekty, nowe inicjatywy.

Wraca do big business.

„Nagle znowu znalazł się czas na kawę. Na wino. Na wspólne zdjęcie. Na „musimy się koniecznie zobaczyć”” – szczególnie ciekawi nas, czy rzeczywiście można do pani Iny Rybarczyk napisać, że chce się spotkać na wspólne wino albo na wspólne zdjęcie. Może ktoś wie? Albo może ktoś chciałby z nami umówić się na wspólne zdjęcie? Ktoś? Ktokolwiek?

„Nie dowiesz się, kto naprawdę jest po Twojej stronie, kiedy wszystko Ci się udaje. Dowiesz się wtedy, kiedy przestajesz być komuś potrzebna” – kończy swojego bluesa pani Ina.

Lutuj go, lutuj doktorze!

Rozpanoszyły się bigtechy po świecie. Nie ma przed nimi ucieczki, jak chcesz coś obwieścić światu, to jesteś skazany na Metę i choćbyś zaparł się, to przecież na Albicli postować nie będziesz.

Bo nie będziesz, prawda?

Z bigtechami nie może poradzić sobie w polsce ani rząd prawicowy, ani centrowy, ani lewicowy. Jakby to było coś przekraczające nasze narodowe siły, ta plaga.

I gdy wydaje się, że wszystko już stracone, nogą tupie bohater naszych czasów – doktor Maciej Dębski. Uzbrojony w wyrafinowaną ironię, w subtelne frazeologizmy, w wysublimowane poczucie humoru doktor Maciej Dębski przekazuje okropnemu Markowi Zuckerbergowi wprost, co o nim myśli. A my jesteśmy pewni, że struchlały, ośmieszony, zaorany Zuckerberg schowa się pod ziemię ze wstydu i powyłącza tego Facebooka czy innego Whatsappa.

„Drogi Mareczku” – zaczyna swój list Maciej Dębski, a jako że jest Maciej Dębski mówcą TEDx, to wiemy, że wie, co robi. Następnie przechodzi do wyliczenia majątku Mareczka – a robi to na pewno nie z zazdrości, robi to po prostu z pogardą. Bo pan Maciej Dębski gardzi wszystkim, co Mareczek ma, robi i w ilu sypialniach sypia.

Bije celnie, bije mocno Dębski Maciej. Wypomina Mareczkowi jego największe przewiny: „pięknie śmieszny znak LIKE”, „zwodnicze interfejsy co nie pozwalają nam przestać skrolować, automatycznie odpalając kolejne shortsy”. Wszystko to brzmi bardzo technologicznie, czuć od razu, że Dębski Maciej jest znawcą platform społecznościowych i czuje się tam jak ryba w wodzie.

Bardzo imponuje nam język listu do Mareczka – Maciej Dębski, jak na doktora przystało, skonstruował swoją wypowiedź znakomicie. Takie zwroty jak „co nie?”, „aaaaaaa” czy konfrontacyjne „co?” Taka żywa mowa musi dodatkowo mrozić krew w żyłach Mareczka, bez względu na to, w której z jedenastu sypialni właśnie się znajduje.

Czekamy teraz na podobny list Macieja Dębskiego do Satya Nadella, prezesa Microsoftu, który jest właścicielem LinkedIn. Platformy, na której tak udziela się Maciej Dębski. Ktoś musi przecież stanąć i w naszej obronie!

A przy okazji, dowiemy się, ile sypialni ma Satya Nadella.

Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.