Boleść swą czuję ogromną
Miewacie takie dni, gdy nic, absolutnie nic, nie idzie po Waszej myśli? To teraz wyobraźcie sobie, że jednego dnia macie aż trzy takie dni! Brzmi nielogicznie i absurdalnie? Tylko dlatego, że nigdy nie byliście w tak trudnej sytuacji jak Marta Olesiak, headhunter C-Level & Sales. My też tego nie rozumiemy, dlatego ograniczymy się do relacjonowania zajść z udziałem pani Marty.
Po wielokrotnej analizie posta, odtworzeniu chronologii i wizualizacji drastycznych zdarzeń, jakich doświadczyła autorka tekstu, jesteśmy gotowi, by się tym tematem zająć z pełną uwagą.
Otóż – Martę Olesiak złapał w nocy skurcz, jej organizm wyciągnął wtyczkę z prądu, więc Marta wylądowała na ziemi, „obijając sobie kolano, brodę i rozkwaszając nos”. Nie chcemy wnikać, dlaczego upały za dnia i spadek cukru w ciągu doby doprowadziły do nagłego skurczu w nocy i co pani Marta robiła wtedy takiego, że nagle wylądowała na ziemi. To jest zbyt trudne.
Na szczęście najpierw pani Marta wstała, potem odzyskała przytomność i stwierdziła, że nadal jest mądra i kompetentna.
Potem – jak na mądrą i kompetentną – poszła na SOR. To nie przeszkodziło jej stwierdzić, że nadal kocha swoją pracę. Marta Olesiak heroicznie odpisywała na maile i wiadomości (nie wiadomo, czy odpisywała już na SORze, czy raczej dopiero z gabinetu lekarzy). Ale odpisywała, bo zależało jej na współpracy.
W przerwie między odpisywaniem, introspekcją własnego stanu i ładowaniem się w kontakcie, pani Marta popełniła post na LinkedIn, że
„nie będę żyć wiecznie i nie ma co zwlekać ze współpracą (i znaleźli się tacy, co się odezwali, kolejnych zapraszam, bo odpowiadam na bieżąco). „
Bo, uwaga cofamy się w czasie, nim ten skurcz złapał pani Martę, to wcześniej dopadł ją brak klientów. I dlatego, jak przystało na mądrą, kompetentną i kochającą swoją pracę headhunte C-level osobę, pani Marta umieściła posta, zachęcając ludzi do skorzystania z jej eksperckiego wsparcia.
I dopiero potem upał, niski cukier, skurcz, wtyczka z kontaktu, gleba, kontuzja, SOR, lekarze, introspekcja, odpisywanie na wiadomości.
Ale na tym nie koniec. Okazało się bowiem, że konkurencja pani Marty gra bardzo ostro. Brutalnie. Bo zamieściła posta z wiadomością:
„Rekruter z SORu a zdrowy rekruter. Taka myśl mi przyszła do głowy. Kogo wybrać? Komu głowę zawracać? Komu dać zlecenie? Zdrowej osobie? Czy chorej?”
Na co p. Marta pyta:
„Dlaczego w Polakach jest tyle jadu i zawiści?”
Odpowiadamy: upały, brak cukru i skurcze.
Kalafior na głowie, czyli ach ta młodzież
Grzegorz Działa na co dzień namierza i przyprowadza nowych klientów dla Biznesu. Są jednak okoliczności, które odrywają go od tej szlachetnej misji i budowania polskiego PKB. To są, szanowni państwo, włosy pana Grzegorza, które stale rosną. A nie da się namierzać, gdy grzywka wchodzi w oczy. Trzeba więc raz na jakiś czas tymi włosami się zająć.
Naszego bohatera spotykamy w trudnym dla niego momencie. Gładzi się on po swoich coraz dłuższych, rosnących niemal w oczach włosach i szepce sam do siebie:
„Kiedyś szedłem do fryzjera.
Dziś idę do barbera…”
A kim jest barber dla Grzegorza Działa? To „każdy chłopak z kalafiorem na głowie i e-papierosem (po miesięcznym kursie)”.
„Ja mam trzy centymetry włosa, a on projektuje, jakby budował Dubaj.”
Znów mówi do siebie, skubiąc swoje trzycentymetrowe włosy Grzegorz Działa (a my zachodzimy w głowie, po co e-papierosowi miesięczny kurs). Bardzo Grzegorza Działa boli też każdorazowy wydatek, który musi ponieść podczas takiej wizyty: 150 złotych!
„Podłoga błyszczy tak, że widzę w niej swoje 150 zł, którego się zaraz pozbędę”
już teraz rwie sobie włosy z głowy Grzegorz Działa, po czym przystępuje do rozbudowanego, bardzo szczegółowego opisu tego wszystkiego, co robi z nim chłopak z kalafiorem na głowie i e-papierosem po kursie.
„Od pewnego czasu chodzę do osiedlowego fryzjera. 45 zł. 15 minut. Pani Krysia nie ma brody do pasa, tatuażu z nożyczkami ani nazwy Gentlemen’s Grooming Experience Studio. Ma kalendarz z Papieżem i radio grające disco polo”
to dalej pan Grzegorz prowadzi monolog przed lustrem, rozmawiając ze swoim niewidzialnym przyjacielem.
„I wiesz co? Wychodzę tak samo ostrzyżony jak z tego salonu z 50 lustrami”
ciągnie pan Grzegorz, a my boimy się, że on zaraz uderzy ze złości w to lustro albo przynajmniej wpadnie do swojego Gentlemen’s Grooming Experience Studio i wyszarpie kogoś za jego kalafiora! Panie Grzegorzu, proszę tego nie robić. Nasze obawy są tym bardziej uzasadnione, że nawet po tak długim, rozbudowanym poście, jego autor nie deklaruje, że już nigdy nie odda się w ręce chłopca z kalafiorem na głowie. Przeciwnie: on obiecuje, że pójdzie do niego raz jeszcze!
„Ale wiem jedno: jeśli za trzy tygodnie znowu mam zapłacić 150 zł za „bzzzz”, to wolę, żeby przynajmniej ta maszynka była włączona.”
Wniknąć w siebie tak głęboko, od stóp do żołądka i dalej
Nasze spotkanie kończymy inspirującą opowieścią. Budującą historią, która wleje nadzieje w Wasze przepracowane serca odrobinę nadziei i pokaże Wam, że jest życie po korporacji.
Bo jest, a Wy o tym nie wiedzieliście.
Opowie Wam o tym Katarzyna Czerwiec, mentor i auditor. Bo, jak na mentor i auditor przystało, Czerwiec Katarzyna dzieli się swoją mądrością i doświadczeniem. Po to mierzy się ona z wyzwaniami, po to Czerwiec Katarzyna wychodzi ze swojej strefy komfortu, by Wam o tym opowiedzieć.
Słuchajcie więc.
Swój post pani Katarzyna zaczyna jakże mocnym nagłówkiem – że jest na odwyku. Ten tekst powtarza na jakże mocnej grafice. Chyba jej zależy na tym, abyśmy zapamiętali, że Katarzyna Czerwiec JEST. NA. ODWYKU.
OK.
Na szczęście, ów odwyk pani Czerwiec to po prostu fakt, że od czterech tygodni nie pracuje już w korporacji. Nie wnikamy, dlaczego nie pracuje (choć pewne przypuszczenia mamy, wszak odwyk jest zazwyczaj przymusowy). Nie wnikamy w nic w ogóle, bo to Katarzyna Czerwiec wnika bardzo, bardzo, bardzo głęboko w siebie i tymi obserwacjami się z nami dzieli. Nurkuje aż do swojego żołądka, opowiadając, jak to nie zwija się on już w kulkę ze stresu. Następnie szybuje do swojego mózgu, by opowiedzieć nam o zachodzących w nim wybuchach kreatywności. Potem mknie Czerwiec Katarzyna po swoim wnętrzu, nurza się w nim, płynie żyłami i trafia na język, by stwierdzić, że odzyskała zmysły i ponownie czuje smak pitej kawy. Dobiega wreszcie Czerwiec Katarzyna do swojego ucha i po chwili nasłuchiwania jest już pewna, że wreszcie słyszy własne myśli!
Cudowny ten odwyk, to chyba najcudowniejszy odwyk świata, pani Katarzyno Czerwiec!
„Wchodzę w drugą połowę 2026 roku z czystą głową, nową energią i gigantycznym apetytem na to, co przyniesie przyszłość. Baterie naładowane, czas zacząć pisać nowy rozdział (ale najpierw… dopiję tę kawę w spokoju)”
konkluduje autorka, a my trzymamy za nią kciuki i niech pije sobie tę kawę jak najdłużej.
Droga czytelniczko, drogi czytelniku. Na pewno o tym wiesz i jest nam nieco niezręcznie to pisać, ale mimo wszystko: napiszemy. Rubryka „#OHO!” jest rubryką satyryczną oraz ironiczną, której celem jest pokazanie w krzywym zwierciadle internetowej twórczości, na jaką nasza redakcja natknęła się w mijającym tygodniu. Do wszystkich postaci przywołanych w „#OHO!” odnosimy się z wielką sympatią i odnosimy się tutaj do ich wpisów, a nie do nich samych.