Robert Strzelecki (Bare Bones): Dlaczego preparatyka? Bo zawsze chciałem pracować ze zwierzętami

Dodane: 14.09.2021

Damian Jemioło

Udostępnij:

Robert Strzelecki to founder pracowni preparatycznej Bare Bones. Zajmuje się tworzeniem preparatów zarówno kostnych, jak i tzw. mokrych. Ta specyficzna branża znajduje swoich klientów wśród uniwersytetów, muzeów, artystów, tatuatorów, weterynarzy czy kolekcjonerów. Robert pokazuje, jak wygląda preparatyka.

Twoja pracowania zajmuje się preparatyką – możesz przybliżyć na czym dokładnie polega ten proces?

Preparatyka to dość szeroki termin i choć nazwa pracowni wprost wskazuje na kości, to jednak grono osób, które spotkało się wcześniej z tym tematem, jest niewielkie. Moja pracownia zajmuje się preparacją kości zwierząt, ich renowacją i montażem szkieletów w anatomicznych pozycjach.

Proces możemy podzielić na trzy zasadnicze części: przygotowanie materiału, czyli wszystkie te prace, które wymagają stołu sekcyjnego i skalpela. Ściągnięcie skóry, usunięcie organów a nierzadko także oględziny patomorfologiczne, gdy klient poprosi o „sprawdzenie przyczyny śmierci”. To oczywiście ledwie muśnięcie tematu, jakim zajmują się zawodowi lekarze, ale niejednokrotnie wystarczające.

Ponadto jest to oczyszczenie kości z tkanek miękkich i tu już metod jest naprawdę wiele. Od popularnego wśród myśliwych gotowania, przez zaangażowanie w proces bezkręgowych błonkoskrzydłych, muchówek lub tęgopokrywych, a nawet kręgowych padlinożerców, aż do zakopywania ciała w ziemi. Wszystkie metody mają swoje zalety, jak i wady i na ten temat można rozmawiać godzinami. Inną kwestią jest oczyszczenie gołego szkieletu z resztek związków organicznych i to już są procesy, które wymagają udziału substancji chemicznych.

Mówisz o sobie „preparatyk-samouk”. Pierwszej preparacji dokonałeś w 2008 r. Jak to się stało, że w ogóle zainteresowałeś się tą dziedziną? Rozumiem, że początkowo było to hobby?

Tak, było to 13-15 lat temu. Moim pierwszym preparatem był ok. 5-miesięczny kociak, który niefortunnie stracił życie nieopodal drogi. Warto wspomnieć, że o ile mamy długą tradycję w Polsce związaną z preparacją skórną – taksydermią – tak preparacja kości w tamtych czasach była czymś, o czym się w ogóle nie mówiło. Dla mnie była to seria prób i błędów, trochę jak wymyślenie koła na nowo, wiedząc jedynie, jak wygląda gotowe.

Żeby zrozumieć, skąd takie zainteresowanie, trzeba cofnąć się jeszcze trochę, do moich czasów szkoły podstawowej. Miałem to szczęście uczyć się w szkole, w której zaplecze sali przyrodniczej było wypełnione tak szkieletami, jak i preparatami mokrymi zwierząt. Rzecz jasna nie wolno nam było tam wchodzić a stare, ponad 30-letnie preparaty jedynie zbierały kurz.

To był mój pierwszy kontakt z nimi i choć za dziecka wciąż marzyłem o pracy w ogrodzie zoologicznym, to jednak do dziś pamiętam szkielet gołębia i mokry preparat sekcyjny szczura. Dziś, gdy ktoś pyta, dlaczego taka praca, odpowiadam mu, że zawsze chciałem pracować ze zwierzętami – co jest prawdą. Jednak byłbym kiepskim hodowcą, co również jest prawdą. (śmiech)

Twoja branża związana jest ściśle z pracą przy zwłokach zwierząt – jak się zabezpieczyć przed ew. chorobami, bakteriami, pasożytami?

Tu oczywiście podstawą jest odpowiednio przygotowane miejsce pracy, czyli płytki ceramiczne i stalowy stół. Powierzchnie te są łatwo zmywalne i trudne do zasiedlenia przez ewentualne mikroby. Drugą kwestią jest odzież ochronna.

Dla mnie podstawą pracy są rękawiczki lateksowe i chusta na włosach. Jeśli muszę przygotować duże zwierzę, które będzie mi ciężko odwrócić bez ubrudzenia się, wtedy również fartuch. Po skończonej pracy stół, podłoga i ręce są dezynfekowane.

Skąd czerpiesz „materiały”?

Materiał do pracy najczęściej dostaję bądź skupuję od hodowców. Czy to w ramach strat hodowlanych, czy też – jak w przypadku zwierząt gospodarskich – odpadów poubojowych. Współpracuję również z weterynarzami i myśliwymi. Najbardziej egzotyczne zwierzęta pochodzą z ogrodów zoologicznych, w tym przypadku najczęściej są to zwierzęta padłe ze starości.
Często również pracuję na materiale powierzonym mi bezpośrednio przez klienta i tu zazwyczaj są to zwierzęta, które mieli pod swoją opieką.

Z tego, co mi wiadomo, to Twoimi klientami są m.in. uniwersytety. Studenci – przyszli weterynarze – mogą uczyć się na spreparowanych kościach, tak?

Wśród moich klientów są oczywiście uniwersytety, ale też studenci weterynarii. Każdy kto chce w przyszłości leczyć – czy to ludzi, czy zwierzęta – powinien znać ich anatomię dużo lepiej ode mnie. Nie wyobrażam sobie powierzyć zdrowia czy w konsekwencji również życia mojego kota, czy mojego własnego osobie, która anatomię zna z plakatów i kursów online. Studenci medycyny cenią sobie ludzkie kości jako pomoce naukowe, zaś weterynarii najczęściej pytają o zwierzęta gospodarskie i domowe – psy i koty.

Kto jeszcze jest Twoim klientem?

Poza osobami związanymi z edukacja czy weterynarią, wśród moich klientów są także prywatni kolekcjonerzy czy muzea z całego świata. Nierzadko także artyści. Tatuażyści i rysownicy, którzy szukają modeli dla swojego rzemiosła, fotografowie z pomysłem na sesję, drobni wytwórcy naturalnych ozdób, ale również osoby, szukające wystroju dla terrarium z egzotycznym zwierzakiem.

To dość specyficzna branża – jak się tu robi marketing?

Ogromną rolę odgrywają dla mnie media społecznościowe. Strona na FB, grupy tematyczne. To prosty, acz bardzo skuteczny sposób, by „dać się poznać”. Uczestniczyłem również w kilku konferencjach naukowych, miałem swoje niewielkie wystawy.

Stare, dobre polecenie od zadowolonego klienta wciąż ma się świetnie i jest jednym z lepszych sposobów na marketing. Tym bardziej w tak wciąż niszowej branży w Polsce, jak preparatyka kostna.

Poza preparacją kości widziałem też, że tworzysz też tzw. preparaty mokre. Tj. zamykanie zwłok zwierząt w słojach z cieczą. A także wyprawianiem skóry. Jak wyglądają te procesy?

Preparat mokry jest niejako odwrotnością kostnego – tu, zamiast tkanki miękkie usuwać, konserwujemy je. Do konserwacji tkanek tradycyjnie już – bo od XIX w. – używa się formaldehydu w stężeniu odpowiednim do preparatu, nad jakim pracujemy.

Celem konserwacji jest zatrzymanie autolizy komórek i zabezpieczenie preparatu przed rozwojem bakterii. Należy zaznaczyć, że formaldehyd jest silnie trujący, teratogenny oraz kancerogenny i jakiekolwiek samodzielne próby wykonywania z jego pomocą preparatów są, delikatnie mówiąc niewskazane.

Odpowiadając od razu na pytanie, które pewnie niejedna osoba sobie zada: nie, preparaty z mojej pracowni nie stanowią zagrożenia dla zdrowia. Wszystkie preparaty mokre, które wykonuję, przechowywane są w alkoholu, klient nie otrzymuje formaldehydu w słoju. Z kolei skóry wyprawiam, ale wyłącznie z gadów. W tym przypadku materiałem są wyłącznie straty hodowlane, nie ma mowy o jakichś odłowach czy uśmiercaniu na skóry.

Ma to rzecz jasna również wady, gdyż nie każda skóra, którą dostaję, nadaje się do wyprawienia. Tkanki miękkie z wewnętrznej strony skóry usuwam ręcznie, jest to ta najbardziej pracochłonna część całego procesu. Następnie skóry są dokładnie myte, suszone i trafiają do wcześniej przygotowanych roztworów. Ostatnim etapem jest odpowiednie suszenie, a cały proces zamyka ręczne czyszczenie i rozciąganie skóry. Taki proces średnio trwa ok. miesiąca. Efektem jest błyszcząca skóra, która nadaje się na wyrób galanterii.

Jak w ogóle jesteś odbierany wizerunkowo? Zdarzyły się jakieś konflikty np. z obrońcami praw zwierząt?

Dla wielu może to być zaskoczeniem, ale pracując z martwymi zwierzętami, można być ich ogromnym miłośnikiem. Naprawdę! Zawsze mówię „cześć” do napotkanych psiaków za płotem, trawnik mam usiany „chwastami”, na działce zamieszkał dziki rój pszczoły miodnej, a do pakowania od niedawna używam wyłącznie taśmy papierowej.

W tym roku miałem pod opieką również jeżyka z ramienia fundacji, który niestety nie był dość silny, by samodzielnie przeżyć zimę. Wczesnym latem, już dużo silniejszy wrócił do swoich jeżych spraw na wolności. Moja pracownia, jeśli ma jakiś wpływ na dobrostan zwierząt, to jedynie pozytywny, więc szczęśliwie obyło się bez konfliktów z obrońcami zwierząt.

W życiu prywatnym jestem introwertykiem z raczej miernymi zdolnościami interpersonalnymi, co sprawia, że często jestem odbierany jako szorstki i dumny. „Czuję się, jakbym pisała do urzędnika”. Takie słowa kiedyś usłyszałem i muszę od razu zaznaczyć, że kompletnie się na takie stanowisko nie nadaję. Wbrew „okładce” jest we mnie mnóstwo humoru, co przeplatam w postach na stronie, a czasem też osobiście pojawiam się na zdjęciach, by choć trochę „efekt urzędnika” załagodzić.

Ile na preparacji można zarobić? Pochwalisz się przychodem?

Czasem z przyjaciółmi żartujemy, że jestem tak tani, że nawet latarni się nie dorobiłem. Ale już tak wracając do samego pytania, to preparaty można u mnie zamówić już od zaledwie ok. 30 zł. Średnia oscyluje w granicach 100 zł. Pełne preparaty – lub po prostu szkielety to od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Górnej granicy nie ma. Wciąż liczę, że kiedyś przyjdzie mi preparować wieloryba.