Rzucenie pracy w korporacji pozwoliło mi zadbać o siebie pod każdym względem – Michał Bloch (Jak rzucić etat)

Dodane: 07.10.2021

Kasia Krogulec

Udostępnij:

– Czy w życiu chodzi o to, by było łatwiej? Łatwiej nie znaczy szczęśliwiej, nie znaczy z pasją, funem, motywacją i drivem do pracy. Najczęściej łatwo to znaczy letnio, kompromis. Ani to nie jest ciepłe, ani zimne; najbardziej pospolite i najbardziej dostępne – tak o pracy na etacie mówi Michał Bloch, twórca marki „Jak rzucić etat”.

Michał Bloch jest psychologiem i podcasterem. Prowadzi podcast „Jak rzucić etat i odzyskać wolność„. Pomaga ludziom w mądrym opuszczeniu etatu i zbudowaniu swojej marki od A do Z. Poza tym jest coachem stosującym niedyrektywną formułę pracy, która opiera się na dialogu sokratejskim (pracy z ograniczającymi przekonaniami). Uczy również innych – ma swoją szkołę coachów i trenerów. Napisał kilka książek: dwie o coachingu zespołowym i coachingu grupowym, oraz kilka e-booków dla freelancerów. Poza tym robi webinary.

W naszej rozmowie Michał opowiada, jak frustracja doprowadziła go do wypalenia zawodowego i postawienia na własny biznes.

Od czego zaczęła się Twoja kariera zawodowa?

Michał Bloch: Już w liceum wiedziałem, co chcę robić, ale nie miałem tego sprecyzowanego. Bardzo lubiłem rozmawiać z ludźmi. Jedyny zawód, który mi do tego pasował, to był psycholog. Już wtedy znajomi zwierzali mi się z różnych rzeczy i czułem, że jestem dla nich dobrym słuchaczem. Potem poszedłem na zaoczną psychologię. Jednocześnie pracowałem, sprzedawałem… oranżadę jako przedstawiciel handlowy. 🙂

Później pracowałem w dziale HR w jednym z banków; awansowałem w obszarze HR miękkiego i zarządzania zasobami ludzkimi. Ostatnie stanowisko, jakie zajmowałem, to ktoś w rodzaju HR business partner.

Dobrze czułem się zawsze wtedy, kiedy było coraz więcej ludzi, rozmów i kontaktu jakościowego, ale cała otoczka korporacyjna dużego banku nie za bardzo mi pasowała. Kiedy skończyłem studia, pierwszy raz pomyślałem, że muszę coś z tym zrobić. Zacząłem od złamania dress code’u – przestałem nosić krawat i zapuściłem brodę, co w tamtych czasach, w roku 2007, nie było modne, ani oczywiste, szczególnie w banku. To był mój ostatni młodzieńczy bunt (uśmiech).

Kiedy nastąpił przełom?

Będąc w dziale HR trafiłem na kursy trenerskie, coachingowe i tam znalazłem to czego szukałem i to, czego nie znalazłem na studiach, na których myślałem, że nauczę się tak rozmawiać z ludźmi, aby im pomagać. Niestety okazało się, że studia psychologiczne są dość ogólne i warsztatu praktycznie się nie uczyłem. Z kolei już na pierwszym szkoleniu z coachingu wiedziałem, że w ten sposób chcę pracować. Postanowiłem, że zbuduję swoją własną markę i wyfrunę z etatu.

Z drugiej strony ta „fajność” szkoleń coachingowych i trenerskich spowodowały, że dopadła mnie jeszcze większa frustracja i niechęć do korporacji: wstawanie o określonej godzinie, dojazdy, stanie w korkach, szukanie miejsca parkingowego w centrum, zaczęło coraz bardziej przeszkadzać, podobnie jak posiadanie szefa i przeciągające się spotkania. Miałem poczucie bycia trybikiem w dużej machinie, gdzie niespecjalnie ma się coś do powiedzenia. Do rzucenia etatu przygotowywałem się prawie półtora roku. Potem założyłem swoją firmę, którą prowadzę do dziś. Zbudowałem już kilka innych swoich marek, a także pomogłem blisko 100 osobom zbudować ich marki osobiste.

Jakie towarzyszyły Ci myśli, kiedy miałeś dość pracy na etacie?

Że nie chcę tam iść. Najgorzej było po powrocie z urlopu. Czułem, że odżywam tylko podczas tych dwóch tygodni wolnego w całym roku.

Ciężko było mi dbać o kondycję fizyczną, bo ciągle siedziałem albo przy swoim biurku, albo na spotkaniach. Nie miałem czasu, by dbać o dietę. Wtedy jeszcze nie spotkałem się z dietami pudełkowymi. Co tu dużo mówić – miałem sporą nadwagę.

Kiedy zacząłem być na swoim, bardziej elastyczne godziny pracy pozwoliły mi zadbać o formę. Teraz mogę powiedzieć, że odżywiam się bardzo zdrowo. Zawsze można powiedzieć, że jest to kwestia uporu i determinacji. Jednak po tak wyczerpującej pracy nie miałem już zasobów ani energetycznych, ani emocjonalnych, by myśleć o swojej kondycji.

Dla kogo jest praca w korporacji?

Nie chciałbym demonizować korporacji. Osoby o pewnej konstrukcji psychicznej mogą się tam doskonale sprawdzać. Na pewno są to osoby, które mają potrzebę bycia w społeczności; jest dla nich ważna zespołowość i wspólnota; traktują pracę odtwórczo, lub lubią dostawać jasno wytyczone zadania. Kontakt z klientem, kiedy jesteśmy freelancerem, jest czymś zupełnie innym, niż działanie w teamie. Ale czy w życiu chodzi o to, by było łatwiej? Łatwiej nie znaczy szczęśliwiej, nie znaczy z pasją, funem, motywacją i drivem do pracy. Najczęściej łatwo to znaczy letnio, kompromis. Ani to nie jest ciepłe, ani zimne; najbardziej pospolite i najbardziej dostępne.

Czego boją się ludzie?

Przyszłości. Niektóre osoby nie pasują do korporacji, ale nie mają odwagi odejść i tkwią na etatach. Blokują ich przekonania typu: „Kto to kupi?”, „Kto mnie kupi?”, „Jest dużo lepszych ode mnie”, „Ludzie nie mają pieniędzy”, „Tylko rekiny sobie radzą na wolnym rynku”, czy „Pieniądze są czymś nieetycznym”.

Etat jest tylko pozornie bezpieczny. Patrząc na konstrukcję biznesu, im mniejszym jesteśmy trybikiem w organizacji, tym łatwiej nami przesuwać, manipulować, ale łatwo też z nas zrezygnować. Nie budujemy nic swojego, ani trwałego. Wszystko, co dostajemy od etatu, jest niewspółmierne do czasu i energii, którą poświęcamy.

Z drugiej strony, na etacie też można się dużo nauczyć. Zupełnie inaczej będzie pracował freelancer, który kilka lat przepracował w korporacji, zobaczył dynamiczne środowisko, poznał pracę projektową w zespole – to są doświadczenia nie do przecenienia. Jednak bycie etatowcem zazwyczaj nie jest na dłuższą metę.

Jakie osoby nie pasują do pracy w korporacji?

Jest masa konstrukcji psychicznych, które w ogóle nie współgrają z etatem. Poza osobami, które cenią sobie wolność i szukają zmian, do korporacji, wbrew pozorom, nie pasują osoby, które mają profil mocno ekstrawertyczny, lubią być na scenie – takie lokomotywy napędowe – są to osoby, które cechuje wysoki perfekcjonizm, rys nadkompensacyjny, czyli, że „zawsze muszę dawać radę”. Te osoby też często robią sobie krzywdę na etacie, bo korporacje w swoim sposobie pracy potęgują ten problem u takich ludzi, a właśnie to, doprowadza ich do przemęczenia lub wypalenia zawodowego.

Jest masa osób zmęczonych, które ledwo dają radę, ale mówią sobie: „Podnieś się i daj z siebie jeszcze więcej”. Korporacje dobrze reagują na takich pracowników, to jest woda na młyn dla tych ludzi. Osiągają ogromne sukcesy w pracy, pytanie: Czy są szczęśliwi i zdrowi?

Inną grupą są introwertycy i osoby wysoko wrażliwe. Ogromne piętno odciska na nich praca na open-space, praca w rywalizujących zespołach i ciągła potrzeba interakcji z innymi (niekoniecznie efektywnej znając polskie realia korporacyjne). Wbrew pozorom to właśnie introwertycy i osoby wysoko wrażliwe szybciej opuszczają etat dla bycia freelancerami.

Czy zmieniłbyś coś w swojej ścieżce zawodowej?

Gdybym zaczynał jeszcze raz z tym, co wiem teraz, na pewno próbowałbym nowych rzeczy. Nie poszedłbym na studia od razu po liceum. Przez 5 lat – po jednym roku mieszkałbym w różnych krajach, nauczył się pięciu języków i dał sobie pewność, że poradzę sobie w różnym środowisku. Potem poszedłbym na świadomie wybrane studia i podejrzewam, że byłaby to znów psychologia. Może poszedłbym znów do korporacji. Założyłbym na pewno swoją firmę i byłbym w podobnym miejscu jak dziś.

Gdybym nie był w korporacji, to nie byłbym coachem dla biznesu i nie pracowałbym z managerami najwyższego szczebla. Mam mnóstwo zleceń właśnie od korporacji, mimo że prowadzę markę Jak rzucić etat. Firmy często zamawiają coaching dla managerów chcąc poprawić ich efektywność. Mają jednak również świadomość, że nie każdy manager nadaje się do ich organizacji ze względu na różnice na poziomie wartości. Czasem ludzie odchodzą i szukają swojej drogi, to jest normalne. Wtedy mogę pomóc takiej osobie poradzić sobie poza etatem.

Dlaczego ludzie teraz rezygnują z etatu?

Dużo ludzi jest bardzo zmęczonych. Pandemia pokazała, że pewna kultura, wartości i sposób pracy, niezależnie czy pracujemy online, czy tradycyjnie – może nas frustrować. Na to nałożyły się lęki związane z przyszłością. Wypalenie to jest coś, z czym trzeba sobie najpierw poradzić, aby móc świadomie budować własną markę.

Jeśli mamy tendencję do przepracowywania się i brania na siebie za dużo, to nie zniknie, jak będziemy freelancerami. Często moja praca zaczyna się od zmiany przekonań. Chodzi również o to, by sobie ufajnić miejsce pracy. Wiele się dziś mówi o job craftingu i czasem wystarczą drobne zmiany, by lepiej czuć się w sferze pracy etatowej.

Ludzie są sfrustrowani. Szukają czegoś dla siebie. „Plusem” pandemii jest to, że ludzie zobaczyli, że można pracować zdalnie, że mogą przeprowadzić się w tańsze miejsce do zamieszkania, sprzedać jeden samochód, zrezygnować z kilku płatnych subskrypcji, wprowadzić zmiany w budżecie domowym i łatwo stworzyć poduszkę finansową. Taka poduszka pozwoliłaby im lepiej się czuć przy tworzeniu własnej marki. Jednak żeby coś z tym realnie zrobić, potrzebna jest jedna kluczowa rzecz: odwaga. Trzeba umieć powiedzieć sobie „Ja tutaj nie pasuję”, a potem druga doza odwagi potrzebna jest do powiedzenia sobie: „Taki jestem, to jest moja autentyczność, to jest dla mnie ważne i to będzie fundamentem mojej marki”.

Jak zacząć tworzyć swoją markę?

Polecam tworzyć markę osobistą „lekkostrawnie”, czyli po niskich kosztach. Można tak zrobić, że tych kosztów stałych na początku praktycznie nie ma. Dużo rzeczy można zrobić samemu, jeśli tylko mamy ochotę się uczyć. Powinniśmy mieć zrobione minimum jedno profesjonalne zdjęcie oraz znaleźć freelancera, który postawi nam stronę, a także zatrudnić grafika do stworzenia logotypu. To znacznie przyspiesza start marki, niż robienie tych rzeczy samemu.

Nową markę w Polsce buduje się 2-3 lata, aby była stabilna i przynosiła w miarę regularne wpływy. Po około roku w zasadzie każdy, kto działał systematycznie nad budowaniem społeczności, może rzucić etat. Oczywiście można łączyć etat z pracą nad własną marką. Ale czy warto?

Z tworzeniem nowej marki, czy biznesu jest tak, jak z decydowaniem się na rodzicielstwo: to nigdy nie jest dobry moment, ani nigdy zły. Jest to po prostu pewna decyzja do powzięcia i próba elastycznego dopasowania się.

Przeczytaj inne wywiady z serii #OcaleniWypaleni