Najpierw sztuczna inteligencja zabrała pracę grafikom, potem zaczęła dobierać się do scenarzystów, a teraz postanowiła poprawić Homera. Pamiętacie, jak przy okazji premiery „Odysei” Christophera Nolana, Elon Musk, na fali prawicowego oburzenia i napędzany hasłami „woke”, obiecał światu nową, historycznie wierną „Odyseję”, stworzoną za pomocą generatywnego wideo?
Tym razem pan Musk dotrzymał słowa. Po trzech miesiącach od solennych obietnic, otrzymaliśmy siedem minut filmu, który dowodzi, że nawet najpotężniejsze algorytmy potrafią zgubić drogę do Itaki. I że czasami największym osiągnięciem technologicznym pozostaje przycisk „X” w prawym górnym rogu ekranu.
Pierwszy fragment epickiego projektu opublikowano 23 października 2026 roku. To pierwsze siedem minut nowej adaptacji „Odysei”, przygotowanej z wykorzystaniem Grok Imagine, we współpracy z Wonder Studios i reżyserem Devem Walkerem. Produkcja jest odpowiedzią na wcześniejszą deklarację Muska, który obiecał pełnometrażową, bezkompromisowo wierną wersję antycznego arcydzieła.
Watch Episode 1 of our Odyssey series made with Grok Imagine.
Let us know in the comments if you’d like a full breakdown of how it was done!
Creative collaboration with @WonderStudiosX and director Dev Walker @glumlot_ https://t.co/xpgpkqSCpq
— Grok Imagine (@imagine) October 23, 2026
Siedem minut… No cóż. W starożytnej Grecji tyle wystarczało, aby aojda zdążył się przedstawić, nastroić lirę i poprosić o kubek wina. W Dolinie Krzemowej wystarcza, aby ogłosić nową epokę kinematografii. Trzeba przyznać, że pod względem konsekwencji to przedsięwzięcie doprawdy imponujące. Odyseusz przez dziesięć lat nie potrafił wrócić do domu; Grok przez trzy miesiące nie dotarł nawet do pełnego metrażu. Obaj mierzą się z bezlitosnymi przeciwnościami losu, chociaż tylko jednego z nich można usprawiedliwić gniewem Posejdona.
Gniew Elona, czyli wojna o Troję i poprawność historyczną
A propos gniewu, złości, frustracji – nie byłoby grokowo-muskowej „Odysei” bez Christophera Nolana. To ten reżyser sprowokował najbogatszego człowieka na świecie. Brytyjski twórca, znany z tego, że lubi wysadzać w powietrze prawdziwe budynki, rozbijać prawdziwe samoloty i generalnie utrudniać życie działom efektów specjalnych, postanowił zekranizować „Odyseję”. Film trafił do kin w lipcu 2026 roku i odniósł ogromny sukces komercyjny. Jednak jeszcze przed premierą stał się przedmiotem kontrowersji wokół castingu. Musk otwarcie krytykował wybory aktorskie Nolana, szczególnie angaż wykonawców niebiałych i transpłciowych. W odpowiedzi zapowiedział własną adaptację, która miała być bezwzględnie wierna realiom i oddawać pierwotnego ducha Homera.
Historycznie wierne przedstawienie opowieści, w której występują jednooki olbrzym, czarodziejka zamieniająca żeglarzy w trzodę chlewną, syreny wabiące na pewną śmierć oraz olimpijscy bogowie ingerujący w ludzkie losy z zapałem administratorów osiedlowej grupy na Facebooku, stanowi zadanie godne najpotężniejszych klastrów obliczeniowych świata. Można oczywiście dociekać, czy w epoce mykeńskiej rzeczywiście żył Polifem, czy Posejdon osobiście nadzorował sztormy i czy Zeus dysponował stosownymi uprawnieniami SEP do rażenia piorunami. Ale po co komplikować sprawy? Skoro miliarder obiecuje historyczną wierność, to musi być ona możliwa. W przeciwnym razie należałoby zakwestionować kompetencje miliardera, a przecież nie na tym polega postęp.
Najpiękniejsze jest jednak to, że redaktorzy „WIRED” twierdzą, iż sam Grok przyznał bez ogródek, że wygenerowana produkcja nie jest historycznie dokładna. Algorytm trzeźwo zwrócił uwagę, że epos Homera splata wątki mitologiczne, literackie oraz historyczne, a przedstawione w nim wydarzenia trudno traktować jako zweryfikowaną kronikę. Tak oto sztuczna inteligencja dokonała rzeczy, która od tysiącleci przerasta wielu ludzi: powiedziała swojemu twórcy wprost, że nie ma racji. Szkoda tylko, że zrobiła to dopiero po premierze.
Siedem minut, które wstrząsnęły Itaką. Głównie z nudów
A jak prezentuje się samo dzieło? Najlepiej obejrzeć samej, samemu i wypracować sobie opinię. W przeciwieństwie do amerykańskiego alt-rightu i ludzi zbyt mocno skoncentrowanych na wyszukiwaniu ideologii „woke” w codziennym życiu, nie mam potrzeby zabraniania komukolwiek oglądania tegoż dziełka.
Na ekranie pojawia się Odyseusz szykujący się do wyprawy pod Troję. Żegna Penelopę, otrzymuje od niej drewnianą figurkę konia dla syna, po czym oglądamy wojenne przygotowania, szczęk oręża i dorastającego Telemacha. Są okręty, wojownicy, gęste brody, lśniące zbroje i spojrzenia pełne posępnej determinacji. Wszystko, czego potrzebuje współczesne widowisko historyczne, aby widz zrozumiał, że rzecz dzieje się bardzo dawno temu i nikt nie miał jeszcze dostępu do stomatologa.
Chociaż… akurat śnieżnobiałe zęby krzemowych bohaterów sugerują coś zgoła przeciwnego. Twarze są idealnie wygładzone, uzębienie nienaganne, a fryzury układają się z precyzją godną reklamy szamponu z keratyną. Dialogi brzmią natomiast tak, jakby każdy wojownik przed wydaniem z siebie głosu musiał uzyskać kontrasygnatę działu prawnego. Co gorsza, synchronizacja ruchu warg z wypowiadanymi kwestiami regularnie kapituluje. Starożytna Grecja wygląda tu chwilami jak wysokobudżetowa reklama suplementów diety dla mężczyzn po czterdziestce. Dzielni herosi stoją na skalistym brzegu, spoglądają z nostalgią w dal i sprawiają wrażenie, jakby za ułamek sekundy mieli wyznać, że tajemnicą ich formy pod murami Troi jest regularna suplementacja magnezu i ashwagandhy. Brakuje tylko Elona Muska z nienaganną sylwetką made in Sparta.
Bądźmy jednak sprawiedliwi: niektóre kadry rzeczywiście potrafią na ułamek sekundy oszukać oko, symulując obecność żywych aktorów i wzburzonego żywiołu. Skok technologiczny widać gołym okiem. Problem zaczyna się w chwili, gdy zbiór ruchomych obrazów próbuje stać się opowieścią.
Anthony Ha na łamach „TechCrunch” bezlitośnie wypunktował całkowity brak dramaturgii i emocjonalnej głębi. Recenzent przyznał, że nim dobrnął do połowy tego siedmiominutowego materiału, nerwowo zerkał na pasek odtwarzacza, odliczając sekundy do końca. Porównał całość do niepomijalnego przerywnika filmowego w grze komputerowej, który najchętniej wyłączyłby natychmiast po uruchomieniu.
Swoją drogą, można to uznać za pewien wyczyn. Homer stworzył historię o tułaczu, który przez dziesięć lat nie może dotrzeć do celu – i trzyma odbiorcę w napięciu. Grok stworzył historię, w której widz po trzech minutach nie może doczekać się napisów końcowych.
Odyseusz kontra algorytm. Kto właściwie rozumie podróż?
W tym technologicznym spektaklu kryje się pęknięcie znacznie głębsze niż drętwa mimika cyfrowych manekinów. „Odyseja” nie jest przecież historią o muskularnych mężczyznach pływających drewnianymi łodziami po Morzu Śródziemnym. Nie jest to nawet opowieść stricte batalistyczna. To monumentalna metafora powrotu, pamięci, tęsknoty i tożsamości. Metafora wierności. Opowieść o człowieku, który po dekadzie wojennej traumy i dekadzie błądzenia musi odzyskać nie tylko tron, ale przede wszystkim samego siebie.
Warto przypomnieć, że Homer rozpoczyna swój poemat in medias res – w samym środku wydarzeń. Nie prowadzi czytelnika pedantycznie od pakowania worków pod Troją. Poznajemy Odyseusza uwięzionego na wyspie Ogygia, w krańcowym punkcie jego psychicznej i fizycznej tułaczki, a wcześniejsze epizody poznajemy retrospektywnie, gdy sam bohater snuje swoją opowieść przed Feakami. Uwaga – w filmie Nolana struktura wygląda nieco inaczej.
Porządek przyjęty przez Homera nie jest przypadkiem. To wyrafinowana architektura narracyjna. Homer doskonale wiedział coś, co z gruntu umyka inżynierom promptów: sztuka opowiadania nie polega na chronologicznym rejestrowaniu zdarzeń. Polega na takim ich skomponowaniu, aby nadać im ludzki sens. Nie chodzi o to, że każda ekranizacja musi kurczowo trzymać się heksametru i archaicznej struktury. Kino żywi się reinterpretacją. Kłopot pojawia się wtedy, gdy rezygnując z dramaturgicznego mięsa oryginału, w zamian dostajemy wyłącznie luksusową, ruchomą tapetę do pulpitu. Można w kilka sekund wyrenderować tysiąc okrętów. Można zasymulować fizykę sztormu godną podręczników oceanografii. Można nawet kazać Posejdonowi przemówić cyfrowo sklonowanym głosem wybitnego brytyjskiego szekspirowca. Znacznie trudniej sprawić, by widz choć przez ułamek sekundy przejął się losem człowieka przymierającego głodem na pokładzie którejkolwiek z tych łodzi.
I nie jest to wyłącznie grzech pierworodny algorytmów. Hollywood od lat z uporem udowadnia, że potrafi utopić trzysta milionów dolarów w widowisku, które miast generować dochody ze sprzedaży biletów, generuje powszechne rozczarowanie, a nawet niezadowolenie.
Dziś widzimy, jak generatywna AI demokratyzuje tę miernotę.
Od Homera do Netfliksa, czyli śmierć przez optymalizację
W tym miejscu aż kusi, by przywołać Marshalla McLuhana z jego aksjomatem, że „medium jest przekazem”. Albo Theodora Adorna i Maxa Horkheimera, którzy w „Dialektyce oświecenia” z chirurgiczną precyzją diagnozowali przemysł kulturowy i taśmową standaryzację masowych wzruszeń. Gdyby frankfurccy filozofowie ujrzeli wygenerowanego przez sieć neuronową Odyseusza – o fizjonomii modela promującego kremy z kwasem hialuronowym – zapewne uznaliby, że ich ponure prognozy były rażąco naiwne. Kultura zostaje tu sprowadzona do zestawu wyjściowych parametrów: monumentalne smyczki, zachód słońca w barwach złotej godziny, zarośnięci wojownicy o stalowych spojrzeniach, niski głos lektora, kilka trirem na horyzoncie i obowiązkowy naddatek patosu.
Wszystko wygląda znajomo, bo stanowi statystyczną średnią wszystkiego, co zostało już wcześniej nakręcone i zindeksowane.
Problem w tym, że arcydzieło nie jest prostą sumą swoich najłatwiej mierzalnych składowych. Gdyby tak było, wystarczyłoby połączyć trzy gitarowe riffy z reverbem, zmatowiony wokal i szczyptę psychodelicznych solówek, by stworzyć „The Dark Side of the Moon”. Albo nałożyć melonik, laskę i koślawy chód na sylwetkę aktora, by powołać do życia nowego Charliego Chaplina.
Podobieństwo formy nie gwarantuje obecności sensu.
Technologia z zawrotną prędkością opanowała filmowy słownik, ale estetyka to nie to samo co dramaturgia, a hiperrealistyczny render nie ma nic wspólnego z prawdą psychologiczną. W „Odysei” osią konstrukcyjną jest nostos – bolesny, uświęcony powrót do korzeni. Grok i jego prompty odnalazły natomiast inny starogrecki żywioł: chaos. I choć to pojęcie o równie szlachetnej proweniencji, wyjątkowo kiepsko sprawdza się w roli scenariusza.
Koń trojański w Hollywood
Byłoby jednak intelektualnym lenistwem skwitować tę próbę wzruszeniem ramion i tezą, że sztuczna inteligencja nie nadaje się do kina. Nadaje się – a przynajmniej w zawrotnym tempie przejmuje rolę bezdusznego kreślarza wizualnych komponentów. Siedem minut od Groka, mimo całej swojej nieznośnej pustki, unaocznia przepaść technologiczną, jaką pokonaliśmy w kilkanaście miesięcy. Jeszcze niedawno wygenerowanie fotorealistycznej postaci na pokładzie targanego falami okrętu wymagało armii grafików, renderfarm i milionowych budżetów. Dziś wystarczy wpisać odpowiednie polecenie i uzbroić się w cierpliwość.
Sedno problemu leży gdzie indziej: czy fakt, że obraz powstaje bez wysiłku, oznacza automatycznie, że warto na niego patrzeć?
Tradycyjne kino przez dekady tkwiło w reżimie materii – realizacja śmiałej wizji wymagała krwi, potu, logistyki, tarć w zespole i walki z oporem budżetu. Generatywna AI te bariery unieważnia. Dla niezależnych wizjonerów to fantastyczna wiadomość: zyskają narzędzia, o których dotąd mogli marzyć. Zarazem to raj dla technokratów żyjących w złudzeniu, że między przypadkowym pomysłem a arcydziełem stoi wyłącznie koszt roboczogodziny.
Musk uznał najwyraźniej, że skoro potrafi wysyłać rakiety wielokrotnego użytku na orbitę i produkować miliony elektrycznych aut, to wygenerowanie lepszego Homera będzie kwestią odpowiedniej liczby kart graficznych. Zapomniał, że między mechanicznym widowiskiem a sztuką rozciąga się ocean, którego nie przepłynie żaden algorytm pozbawiony ludzkiego doświadczenia straty, lęku czy żałoby. Warto przy tym pamiętać o jednym: przy tej miniprodukcji pracowali żywi ludzie – reżyser, konsultanci, producenci. Totalnej artystycznej klapy nie da się więc zrzucić wyłącznie na karb halucynacji sieci neuronowej. To przede wszystkim kompromitacja ludzkich decyzji reżyserskich, scenariuszowych i estetycznych.
Innymi słowy: AI nie zdejmuje z człowieka odpowiedzialności za wyprodukowanie gniota. Pozwala jedynie zrealizować go w rekordowym czasie. O tempora, o mores!
Bogowie opuszczają Olimp
Odyseusz przechytrzył cyklopa, oparł się śpiewom syren, przemknął między Scyllą a Charybdą i po dwudziestu latach wywalczył drogę do własnego łoża. Nie przewidział tylko jednego: technologicznego oligarchy z obsesją natychmiastowej optymalizacji dziedzictwa śródziemnomorskiego. Nie wiadomo, kiedy Grok wypuści kolejne fragmenty swojej cyfrowej epopei. Wiadomo za to, że szumną obietnicę pełnometrażowego blockbustera zastąpiono naprędce skleconą siedmiominutową wprawką. Być może to forpoczta nowej kultury konsumpcji: zamiast domkniętych dzieł filmowych będziemy latami raczeni niekończącymi się demonstracjami technologicznymi silników wideo.
Wypada jednak życzyć twórcom powodzenia. Może w kolejnym demie doczekamy się żywych emocji, pełnokrwistych postaci i cienia dramaturgicznego konfliktu. Może nawet ktoś na planie wpadnie na rewolucyjny pomysł, by przed wciśnięciem klawisza „Enter” zadać sobie proste pytanie: po co właściwie tę historię opowiadamy?
A jeśli nie? Pozostaje wierzyć, że w tej cyfrowej Itace wreszcie objawi się Penelopa, która miast bez końca pruć i tkać na nowo piksele, po prostu wyciągnie wtyczkę z gniazdka.