Firma MUI Robotics opracowała tzw. elektroniczny nos (e-nose): urządzenie, które potrafi wykrywać zapachy i wspierać kontrolę jakości w przemyśle. I jeśli myślisz, że to brzmi jak gadżet z wystawy innowacji, to uspokajam: e-nose ma bardzo prozaiczny cel – wykrywać zanieczyszczenia, zepsucie lub odchylenia zapachu produktu szybciej i (teoretycznie) skuteczniej niż człowiek.
Z jednej strony to dobrze, że wreszcie robot wchodzi do fabryki nie po to, żeby Cię zastąpić… tylko żeby ocenić, że Twoja partia produkcyjna pachnie jak porażka. Z drugiej strony to źle, że spartaczoną pracę taki robot wyczuje na kilometr. I zapewne będzie bezlitosny.
Nos ludzki: świetny, ale ma problem. Jest… ludzki
W wielu branżach kontrola jakości na bazie zapachu to nie jest fanaberia. To standard w:
- żywności i napojach,
- chemii,
- przemyśle kosmetycznym,
- kontroli środowiskowej.
Tyle że firmy wciąż często opierają się na ludziach, a ludzie – jak wiadomo – mają pewne ograniczenia. Raz czują lepiej, raz gorzej, a czasem z pracy wyłącza ich katar. MUI Robotics buduje więc technologię, która ma ustandaryzować proces oceny zapachu i wspierać jakościowe decyzje w produkcji.
Elektroniczny nos: AI wchodzi w zmysły
Według opisu firmy, ich e-nose bazuje na zestawie czujników zapachowych i analizie danych, a całość jest wspierana przez algorytmy uczenia maszynowego. W praktyce takie urządzenie nie „czuje zapachu” jak człowiek w sensie emocjonalnym („mmm, świeże bułeczki”), tylko:
- wykrywa lotne związki chemiczne,
- porównuje sygnał do wzorców,
- klasyfikuje wynik jako „OK” albo „coś jest nie tak”.
Czyli to nie jest nos z romantyczną duszą. To nos z arkuszem kontrolnym i brakiem empatii.
I teraz uwaga: MUI Robotics sugeruje, że ich rozwiązanie może wykrywać kontaminację z bardzo wysoką skutecznością (w komunikacji marketingowej pojawia się 98%). W tym miejscu warto pamiętać, że takie liczby mogą zależeć od warunków testu i rodzaju zastosowania – ale kierunek jest jasny: automatyzacja zapachu ma wejść do przemysłu.
Najbardziej niewygodna część: robot chroni człowieka… przed wąchaniem
Najbardziej „ludzki” argument za elektronicznym nosem jest zaskakująco łatwy do przyswojenia: nie każ ludziom wąchać rzeczy niebezpiecznych. MUI Robotics pokazuje to jako przewagę: urządzenie może działać tam, gdzie człowiek naraża się na drażniące i potencjalnie szkodliwe substancje. Rzeczywiście, to jest realny problem. Zapach w przemyśle potrafi być nie tylko nieprzyjemny, ale również toksyczny. Automatyzacja tego obszaru to potencjalny zysk dla BHP.
Szkopuł jest jednak taki, że historia o „ochronie człowieka” często kończy się klasycznie: człowiek jest chroniony… również przed pracą.
Zaczyna się od jakości. Kończy na medycynie i smartfonie
Tu robi się ciekawie. Bo według zapowiedzi startup rozważa rozwój technologii w kierunku:
- monitorowania zdrowia,
- wczesnego wykrywania chorób,
- diagnostyki na podstawie zapachu (np. oddechu).
I to nie jest wyłącznie science fiction – elektroniczne nosy w kontekście diagnostyki oddechu są analizowane i opisywane w literaturze naukowej. W badaniach i przeglądach naukowych e-nose bywa opisywany jako technologia obiecująca m.in. ze względu na:
- wysoką czułość,
- szybki pomiar,
- potencjał przenośnych zastosowań.
- Do tego dochodzi wątek „smartfona, który wącha”. To też nie jest pomysł znikąd: Unia Europejska już kilka lat temu opisywała projekt „Sniffphone” – moduł, który miał umożliwiać analizę oddechu w kontekście wykrywania chorób.
Brzmi pięknie, prawda? Tylko że w praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że twój telefon nie będzie Cię już tylko śledził. On Cię jeszcze… obwącha.
Nowy poziom kontroli jakości: „Pana oddech jest niezgodny z normą”
Jeśli mamy być szczerzy, to jest moment, kiedy kończy się zabawna metafora, a zaczyna realny dylemat społeczny. Bo jeśli urządzenie może wykrywać odchylenia zapachu:
- w produkcji,
- w środowisku,
- w medycynie,
to znaczy, że wchodzi na obszar, w którym pojawiają się pytania o:
- prywatność biologiczną (czyj zapach jest czyją własnością?),
- granice diagnostyki,
- błędy klasyfikacji,
- odpowiedzialność (kto ponosi konsekwencje fałszywego alarmu?).
I oczywiście — jak zawsze — zacznie się od „to tylko opcjonalne”. Potem będzie „to standard w firmie”. A potem ktoś powie: „nie możemy dopuścić pracownika, bo system wyczuł problem”.
Zaczęło się. Roboty będą węszyć. I nie będą pytać o zgodę
Przez ostatnie lata AI nauczyła się:
- pisać jak człowiek,
- mówić jak człowiek,
- rysować jak człowiek.
Teraz zaczyna się etap drugi: AI próbuje robić coś, czego nie potrafią cyfrowe systemy w klasycznym sensie — digitalizować zmysły. A jeśli zapach da się zamienić w dane, to da się go:
- zmierzyć,
- porównać,
- sklasyfikować,
- ocenić,
- wykorzystać jako „wskaźnik ryzyka”.
I bez względu na to, czy ktoś z nas kręci nosem na to, jak mocno w nasze życie chce wkroczyć AI, to trudno będzie temu zaradzić. Z pewnością, AI będzie coraz bardziej zadzierać nosa…
Czytaj także:
- Zaczęło się! Roboty wyrzucają robotników na bruk!
- Zaczęło się! AI zabiera nam żony!
- Zaczęło się! AI nie pozwala nam rodzić dzieci!
- Zaczęło się. AI czyta w naszych myślach!
- Zaczęło się! AI chce decydować o tym, co dzieje się z nami po naszej śmierci!
- Zaczęło się! AI zadecyduje, czy wpuścić nas do domu!