Czy Tracy traci na znaczeniu? O aktualności nauk amerykańskiego self-made mana

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Czy Tracy traci na znaczeniu? O aktualności nauk amerykańskiego self-made mana

Udostępnij:

Czy nauki Briana Tracy’ego jeszcze kogoś obchodzą? Owszem — jako sentymentalny artefakt epoki, w której sukces sprzedawano jak zestaw garnków na pokazie w hotelowej sali konferencyjnej. Czy są dziś mapą dla founderów? Raczej pocztówką z kraju, którego już nie ma.

Polska przełomu lat 90. i początku nowego wieku. Gabinet prezesa. Na półce stoi segregator z CV, w szufladzie spoczywa kaseta VHS o sprzedaży, a na biurku — obowiązkowo książka autorstwa Briana Tracy’ego. Jej okładka obiecywała porządek, awans, skuteczność, lepszą wersję siebie. Tracy idealnie wpisał się w tamten moment historyczny. Mówił językiem prostym, niemal wojskowym: ustal cel, zrób plan, pracuj ciężej, nie szukaj wymówek, zarządzaj czasem, myśl pozytywnie. To była psychologia w wersji IKEA — instrukcja składania kariery bez zbędnych narzędzi. Dla społeczeństw wychodzących z niedoboru miało to sens. Gdy wokół panował chaos, człowiek łaknie procedury.

Problem polega na tym, że rok 2026 nie jest rokiem 1998.

Nie lenistwo, a złożoność

Dzisiejszy founder startupu nie żyje w świecie, który da się uporządkować checklistą z rozdziału trzeciego. Potencjalny czytelnik nie konkuruje o etat regionalnego managera, lecz o uwagę użytkownika, talenty programistów, runway, dostęp do modeli AI, szybkość iteracji i zdolność uczenia się szybciej niż rynek. Jego przeciwnikiem nie jest lenistwo. Jest nim złożoność. Weźmy jedną z najsłynniejszych porad Tracy’ego: spisuj cele codziennie. Brzmi niewinnie. Przyznajmy, może i nawet rozsądnie. Ale founder, który codziennie obsesyjnie przepisuje ten sam cel, może przegapić moment, w którym ów cel trzeba wyrzucić do kosza. Startup nie potrzebuje wytrwałości wobec złej hipotezy. Potrzebuje odwagi do pivotu.

W świecie venture capital upór bywa romantyzowany, lecz równie często jest elegancką nazwą dla zaprzeczania rzeczywistości.

Druga sławna mantra: zarządzaj czasem, ustal priorytety, rób najważniejsze zadanie najpierw. Czyli słynne Eat That Frog!. To dobra rada dla menedżera średniego szczebla, który tonie w mailach. Ale founder nie zawsze ma „jedno najważniejsze zadanie”. Czasem najważniejsze jest pięć równoległych pożarów: klient odchodzi, produkt się sypie, kandydat rezygnuje, regulator zmienia zasady, a konkurencja w nocy wypuszcza kolejny dodatkowy feature. Podczas mojej niedawnej rozmowy z Łukaszem Dziekońskim z Montis VC, z niedowierzaniem opowiadaliśmy sobie, jak to Anthropic w ciągu jednego dnia publikuje dwa nowe, wzbogacone modele Claude.

Jeden dzień, dwa modele.

Trzecia obietnica Tracy’ego to wiara w indywidualną sprawczość. Jeśli nie wychodzi — pracuj więcej, lepiej, mądrzej. To credo amerykańskiego self-made mana, atrakcyjne jak hollywoodzki montaż treningowy. Tyle że startupy umierają nie tylko dlatego, że założyciel był zbyt miękki. Umierają przez timing, koszt kapitału, błędny rynek, monopol platform, geopolitykę, zmianę API, pecha. Mit pełnej kontroli nad losem jest psychologicznie kuszący, ale intelektualnie dziecinny.

„Wina tkwi w Tobie”

Właśnie ten rys najczęściej wraca w krytyce literatury motywacyjnej: nadmierny indywidualizm, pomijanie strukturalnych uwarunkowań, obiecywanie liniowej zależności między wysiłkiem a wynikiem. Internauci, dawni czytelnicy i krytycy gatunku regularnie wskazują, że podobne książki wzmacniają poczucie winy: skoro sukces jest prostą funkcją dyscypliny, to porażka musi być moralną wadą jednostki. To szczególnie niebezpieczne w środowisku startupowym, gdzie porażka jest statystyczną normą, nie etycznym potknięciem. Jeśli dziewięć firm na dziesięć nie dożywa kolejnej rundy, opowiadanie o sukcesie jako nagrodzie za poranne wstawanie o 5:30 jest intelektualnym żartem drugiej świeżości.

Jest też inny problem: Tracy reprezentuje epokę wiedzy scentralizowanej. Ekspert przemawia ze sceny, tłum słucha. Tymczasem 2026 rok premiuje modele rozproszone. Founder uczy się z danych produktowych, rozmów z użytkownikami, społeczności open source, benchmarków rynkowych, eksperymentów A/B, agentów AI. Autorytet nie siedzi już na estradzie z mikrofonem. Jest rozsiany po systemie.

A może jednak coś się nada?

To nie znaczy, że wszystko u Tracy’ego jest bezwartościowe. Dyscyplina ma znaczenie. Koncentracja ma znaczenie. Jasność komunikacji ma znaczenie. Problemem nie są pojedyncze rady, lecz ich opakowanie: sugestia uniwersalności. Jakby człowiek był maszyną, sukces równaniem, a rynek przewidywalnym laboratorium. Najbardziej zestarzało się jednak coś subtelniejszego niż same porady: ton pewności. Tracy mówił z epoki, która wierzyła, że świat da się zmapować w dziesięciu krokach. Dzisiejszy świat nagradza raczej tych, którzy potrafią powiedzieć: „nie wiem, sprawdźmy”.

Founder 2026 roku potrzebuje mniej kaznodziei produktywności, a więcej epistemicznej pokory. Mniej haseł o zwycięzcach, więcej rozumienia systemów. Mniej motywacyjnej retoryki, więcej zdolności do zmiany zdania.

Czy nauki Briana Tracy’ego jeszcze kogoś obchodzą? Owszem — jako sentymentalny artefakt epoki, w której sukces sprzedawano jak zestaw garnków na pokazie w hotelowej sali konferencyjnej.

Czy są dziś mapą dla founderów? Raczej pocztówką z kraju, którego już nie ma.