Śniadanie, które zmieniło świat
Najpierw jest spojrzenie kobiety. Nie koszyk, nie chleb, nie owoce wysypujące się z niebieskawej tkaniny, nie las, który wygląda trochę jak dekoracja teatralna, lecz spojrzenie. Édouard Manet w Le Déjeuner sur l’herbe — Śniadaniu na trawie — posadził nagą kobietę obok dwóch ubranych mężczyzn i kazał jej patrzeć prosto na nas. Nie na nich, nie w niebo, nie w mitologiczną dal, gdzie akademickie malarstwo chowało zwykle swoje alibi. Na nas. I chyba dlatego ten obraz, pokazany w 1863 roku w paryskim Salonie Odrzuconych po tym, jak jury oficjalnego Salonu go nie przyjęło, był skandalem tak nowoczesnym, że do dziś nie zdążył się zestarzeć. Musée d’Orsay przypomina, że praca wystawiona pod tytułem Le Bain stała się główną atrakcją Salonu Odrzuconych, wywołując śmiech i oburzenie; Monet kilka lat później namalował własne Le Déjeuner sur l’herbe jako hołd i wyzwanie wobec Maneta.
To dzieło mówi nam o pikniku coś fundamentalnego. Piknik to przestrzeń wolności. To moment, w którym ramy społeczne – podobnie jak gorset owej damy porzucony na trawie – zostają poluzowane. Manet zrozumiał, że wyjście z jedzeniem poza mury jadalni jest aktem subwersywnym.
Trzeba tu od razu zrobić mały unik, bo historia sztuki nie lubi, kiedy traktuje się ją jak kosz piknikowy, do którego można wrzucić wszystko, co akurat smaczne. Manet nie był impresjonistą w ścisłym sensie, raczej wielkim patronem nowoczesności, kimś stojącym przy drzwiach, przez które impresjoniści wchodzili już z całym swoim światłem. Jeżeli szukamy obrazu bardziej „impresjonistycznie” pogodnego, mamy Renoira i jego Śniadanie wioślarzy, ów balkon nad Sekwaną, rozmowy, kapelusze, kieliszki, psa i rozleniwiony blask mieszczańskiej niedzieli; Phillips Collection pisze o nim jako o jednym ze swoich najczęściej oglądanych i komentowanych obrazów. Ale to Manet otwiera temat ostrzej. U Renoira piknik jest obietnicą towarzyskiego szczęścia. U Maneta — małym laboratorium społecznego niepokoju.
Wszystko zaczyna się od składki
Samo słowo przyszło z francuskiego pique-nique, choć jego historia jest mniej sielankowa niż współczesna reklama kosza z wikliny. Francuska Akademia wskazuje XVII wiek i dawny sens: posiłek, przy którym każdy płaci swoją część albo przynosi własne danie; podobnie Littré definiował pique-nique jako „repas de plaisir”, posiłek przyjemności, gdzie każdy wnosi swój udział. CNRTL odnotowuje rok 1694 i formułę faire un repas à piquenique, czyli urządzić posiłek, w którym każdy płaci swój écot, swoją dolę. W tej etymologii jest coś pięknego i trzeźwego zarazem: piknik zaczyna się nie od natury, lecz od rachunku. Nie od łąki, ale od podziału kosztów.
Mówiąc krótko, było to określenie posiłku „składkowego” w pomieszczeniu, gdzie każdy gość przynosił coś od siebie. Czy to odrobinę wina, czy kawałek pasztetu, czy to może garść owoców.
Piknik klasy próżniaczej
Najstarsze formy pikniku, zanim jeszcze nazwano je piknikiem, były oczywiście starsze od słowa. Człowiek od dawna wynosił jedzenie poza dom: na polowanie, żniwa, pielgrzymkę, święto, wyprawę wojenną, targ, odpust. U Greków i Rzymian wspólne jedzenie na świeżym powietrzu bywało częścią święta religijnego, obywatelskiej demonstracji albo arystokratycznej zabawy; średniowiecze miało swoje uczty po polowaniach, posiłki w drodze, klasztorne i dworskie rytuały gościnności. To jeszcze nie był piknik w naszym rozumieniu, bo brakowało mu jednego istotnego elementu: wolnego czasu jako stylu życia. Piknik wymaga nie tylko chleba i sera, ale też przekonania, że można wyjść z domu po to, by niczego szczególnie pożytecznego nie robić.
Nowoczesny piknik rodzi się więc tam, gdzie pojawia się nowoczesna klasa próżniacza, a potem nowoczesna klasa średnia, która chce odpoczywać podobnie, tylko taniej. Historycy obyczaju zwracają uwagę, że w XVIII wieku pikniki były w dużej mierze rozrywką arystokracji i — co dziś brzmi paradoksalnie — często odbywały się we wnętrzach, w domach lub restauracjach, z muzyką, teatrem, grą i alkoholem. History Today ujmuje to zwięźle: pierwsze pikniki były ulubioną zabawą arystokracji i sprawą „czysto wewnętrzną”.
Piknikowa rewolucja
Dopiero po Rewolucji Francuskiej piknik przeniesiono pod gołe niebo. Piknik stał się sprawą „zewnętrzną”. Kiedy królewskie parki zostały otwarte dla ludu, piknik stał się demokratycznym manifestem.
Ten moment przeprowadzki z salonu na trawę jest ważniejszy niż mogłoby się nam wydawać. Kiedy jedzenie nie jest serwowane i spożywane przy stole, rozluźniają się znane nam na co dzień reguły konsumpcyjne. Nie znikają — nie łudźmy się — ale zaczynają podlegać negocjacjom. Siedzi się wszak inaczej, niżej. Je się palcami. Dziecko może pobiec za piłką. Ktoś śmieje się za głośno, ktoś inny rozlewa lemoniadę, ktoś inny walczy z mrówką pod koszulą.
Piknik to psychologiczne zawieszenie broni z etykietą. Kiedy jemy palcami, siedząc po turecku, nasza psychika przełącza się w tryb regresji – ale tej dobrej, bezpiecznej. Socjologowie, jak Erving Goffman, zauważyliby pewnie, że piknik to zmiana „dekoracji” w naszym codziennym teatrze życia. Zdejmujemy maski profesjonalistów, by stać się biesiadnikami.
Zaczynamy mówić szczerzej, otwieramy się, bo ziemia pod łokciem czyni człowieka mniej oficjalnym. W tej zmianie jest demokracja bardzo umiarkowana, może nawet pozorna, lecz jednak odczuwalna. Zamiast wielkiej sali — koc. Zamiast nakrycia według protokołu — serwetka, papier, nóż scyzoryk. Zamiast gospodarza jako suwerena — wspólnota składkowa.
Hierarchia jedzenia
Piknik nigdy nie jest tylko jedzeniem na trawie. Kto tak sądzi, niech spojrzy uważniej: kto przyniósł jedzenie? Kto rozłożył koc? Kto siedzi, kto usługuje, kto się krępuje, kto może zdjąć buty, a kto nawet w upale musi trzymać fason? Piknik jest formą cywilizacji w wersji składanej. Wystarczy kosz, termos, plastikowy nóż albo srebrna łyżeczka, i nagle widać hierarchię, płeć, klasę, obyczaj, marzenie o naturze oraz lęk przed naturą. Widać też coś jeszcze: naszą nieustanną próbę ucieczki od domu, bez rezygnowania z jego wygód.
Właśnie dlatego piknik pełnił funkcję „bezpiecznika społecznego”. Pozwalał klasie średniej poczuć się jak arystokracja na polowaniu, a robotnikom – choć przez chwilę – zawłaszczyć przestrzeń, która wcześniej była dla nich niedostępna. To fascynujące, jak ta forma spędzania czasu ewoluowała: od suto zastawionych stołów w angielskich posiadłościach (gdzie – jak uczy nas literatura Jane Austen – piknik był idealną okazją do matrymonialnych intryg) po współczesny, plastikowy koc w parku Pole Mokotowskie.
Poczuć się swobodnie. Jeszcze swobodniej
Wraz z emigrantami po rewolucji francuskiej, tamtejszy pique-nique przekracza Kanał La Manche. W Londynie około 1801 roku powstało Pic Nic Society, klub bogatych frankofilów i francuskich emigrantów; Fortnum & Mason opisuje, że uczestnik miał przynieść danie i sześć butelek wina, po czym następowały gry, muzyka i przedstawienia.
Proszę zauważyć proporcje: jedno danie, sześć butelek.
To nie brzmi jak ciche popołudnie nad rzeką, raczej jak arystokratyczna próba ocalenia ancien régime’u za pomocą alkoholu i amatorskiego teatru. James Gillray, mistrz karykatury, miał z czego szydzić.
Ale potem piknik schodzi niżej, społecznie i geograficznie. Trafia do parków, na wzgórza, nad rzeki, do pociągów podmiejskich. Gdy miasta XIX wieku gęstnieją, dymią i hałasują, wyjście „na trawę” staje się świeckim rytuałem odkupienia. Natura, starannie wybrana i oswojona, ma działać jak lekarstwo. Nie za dzika, bo dzikość bywa niewygodna. Nie za miejska, bo wtedy po co było wychodzić. Najlepiej park, brzeg rzeki, polana, wzgórze z widokiem. Trochę wolności, ale z drogą powrotną.
Jak to widzą artyści?
W kulturze obraz pikniku ma dwie twarze. Pierwsza jest jasna: niedziela, odpoczynek, wspólnota, lato, muzyka. Seurat w Niedzielnym popołudniu na wyspie Grande Jatte zamienił wypoczynek paryżan nad Sekwaną w niemal matematyczny rytuał nowoczesnego czasu wolnego; Art Institute of Chicago opisuje obraz jako scenę parku nad rzeką, a Metropolitan Museum przypomina, że monumentalna wersja zadebiutowała na wystawie impresjonistów w 1886 roku i stała się przykładem pointylizmu. Druga twarz jest ciemna. W Pikniku pod Wiszącą Skałą Joan Lindsay i Petera Weira wycieczka szkolna staje się bramą do tajemnicy, seksualności, kolonialnego lęku i nieprzeniknionej natury. Film Weira z 1975 roku jest często wskazywany jako dzieło o ogromnym znaczeniu dla kina australijskiego; teksty krytyczne podkreślają jego ambiwalencję i napięcie między kulturą wiktoriańską a australijskim krajobrazem. Przywołajmy jeszcze „Piknik na skraju drogi” braci Strugackich. Tam piknik to metafora kontaktu z obcą cywilizacją, która zostawiła po sobie „śmieci” – artefakty wykraczające poza nasze pojmowanie. My, ludzkość, jesteśmy jak te mrówki na poboczu kosmicznej autostrady. To uczy pokory.
W literaturze piknik bywa próbą charakteru. U Jane Austen w Emmie wyprawa na Box Hill miała wszystkie „zewnętrzne okoliczności” udanego spotkania — pogodę, punktualność, organizację — a jednak stała się moralną katastrofą. Austen z właściwą sobie bezlitosną delikatnością pokazuje, że dobre maniery nie istnieją po to, by ładnie wyglądać, lecz po to, by chronić słabszych przed kaprysem silniejszych. Jane Austen’s House nazywa scenę z Box Hill punktem zwrotnym moralnej drogi Emmy. Piknik, który miał być rozrywką, zamienia się w sąd nad próżnością.
Kocykowa wspólnota vel wspólnotowy kocyk
Od strony socjologicznej piknik należy do wielkiej rodziny wspólnego jedzenia, czyli komensalności. To słowo brzmi laboratoryjnie, ale opisuje coś bardzo domowego: siedzimy razem, jemy razem, przez chwilę jesteśmy „my”. Badania nad komensalnością wskazują, że wspólne jedzenie jest analizowane w wielu dyscyplinach jako praktyka związana ze wspólnotą, porządkiem społecznym, zdrowiem i dobrostanem. Robin Dunbar pisał o funkcjach społecznego jedzenia: osoby jedzące częściej z innymi deklarują większe zadowolenie z życia, większe zaufanie, silniejsze osadzenie we wspólnotach i większą liczbę przyjaciół, na których mogą liczyć; w jego analizie wspólne jedzenie raczej buduje więź, niż tylko ją odzwierciedla.
Piknik dodaje do tego jeszcze jeden wymiar: tymczasową wspólnotę przestrzeni. W restauracji jesteśmy klientami. W domu — gospodarzami albo gośćmi. Na pikniku jesteśmy współużytkownikami fragmentu świata. Musimy rozłożyć się tak, by nie wejść komuś na głowę; przyjąć, że trawa nie jest nasza; negocjować z mrówkami, psami, wiatrem i cudzym głośnikiem Bluetooth. W tym sensie piknik jest szkołą obywatelskości w wersji mikro. Kto zostawia po sobie śmieci, ten wygłasza bardzo konkretny pogląd polityczny, choćby nigdy nie przeczytał programu żadnej partii.
Menu wolności: od galantyny do hummusu
Przyjrzyjmy się temu, co kładziemy na obrusie. Dieta piknikowa to fascynujący zapis zmian cywilizacyjnych. Pasteryzacja, kolej, chłodziarki, puszki, tworzywa sztuczne, samochód, supermarket, dostawy jedzenia, diety eliminacyjne — wszystko to zmieniło koc nad rzeką. Dawniej jedzenie piknikowe było ćwiczeniem z trwałości: co się nie zepsuje? Dziś jest ćwiczeniem z tożsamości: co mówi o mnie mój lunchbox? Piknik wygląda niewinnie, ale jest małą wystawą klasowych gustów. Bourdieu mógłby tu siedzieć cały dzień, notując.
Niegdysiejszy piknik arystokratyczny lub quasi-arystokratyczny lubił zimne mięsa, pasztety, drób, ciasta, owoce, sery, wino; jedzenie musiało przetrwać podróż i jednocześnie świadczyć o pozycji. W XIX wieku kosz piknikowy staje się przedłużeniem spiżarni klasy średniej: kanapki, jajka, owoce, lemoniada, herbata, czasem szampan — zależnie od aspiracji i pogody. XX wiek dorzuca termos, folię aluminiową, papierowy talerzyk, konserwę, oranżadę, grill jednorazowy, sałatkę ziemniaczaną i całą demokratyczną logistykę plastiku. XXI wiek koryguje poprzednika: hummus, wrapy, bezglutenowe pieczywo, kombucha, kawa cold brew, pudełka wielorazowe, aplikacja z prognozą pogody, koc z nieprzemakalnym spodem, a obok — ciągle te same truskawki, bo pewne rzeczy bronią się przed nowoczesnością.
Miniaturowe zwierciadło
Czy piknik sprzyja refleksji? Odpowiem nieostrożnie: tak, ale tylko pod warunkiem, że nie wymaga się jej zbyt natarczywie. Refleksja nie lubi zaproszeń z harmonogramem. Pojawia się między kęsem a ciszą, gdy rozmowa na chwilę gaśnie, kiedy patrzymy na ludzi obok i nagle widzimy, jak bardzo wszyscy jesteśmy śmieszni, krusi, zależni od pogody. Piknik jest dobrym miejscem dla myślenia umiarkowanego. Nie dla systemów totalnych. Na kocu trudno zbudować metafizykę, ale łatwo zrozumieć, że życie składa się z okruchów: kawałka sera, cudzego śmiechu, światła na włosach, plamy po winie, dłoni szukającej noża.
A nuda? Owszem, piknik jest jednym z ostatnich legalnych azylów nudy. I bardzo dobrze. Nuda piknikowa nie jest jeszcze depresyjną pustką ani doomscrollingiem, tylko luźnym czasem, w którym dzieci wymyślają gry z patyka, dorośli zaczynają mówić wolniej, a pies odnajduje sens istnienia w kanapce z szynką. W kulturze produktywności taka nuda jest niemal wywrotowa. Niczego nie optymalizuje. Nie daje certyfikatu. Nie śledzi kroków, chyba że ktoś koniecznie musi.
Współczesność oczywiście nie zostawia pikniku w spokoju. Instagram nauczył nas, że koc powinien mieć fakturę, owoce powinny być fotogeniczne, a bagietka wyglądać tak, jakby przypadkiem spoczęła w kadrze po dwóch godzinach stylizacji. Technologia dorzuciła swoje: lokalizację z mapy, playlistę, przenośny głośnik, płatność BLIK-iem za wspólne zakupy, dostawę sushi do parku, alert o burzy, filtr udający analogowe lato. I znów: nie ma w tym nic jednoznacznie złego. Człowiek zawsze przynosił na piknik swoje narzędzia. Kiedyś korkociąg i pled, dziś powerbank. Zmienia się rekwizyt, nie potrzeba: być razem gdzie indziej niż zwykle.
Piknik jako minizwierciadło społeczeństwa pokazuje więc trzy rzeczy. Po pierwsze, nasze wyobrażenie natury: chcemy jej blisko, ale nie za blisko; trawy, ale bez kleszczy; słońca, ale z filtrem; wolności, ale z parkingiem. Po drugie, nasze relacje: kto dzieli się jedzeniem, kto zawłaszcza przestrzeń, kto sprząta po innych, kto umie zadbać o słabszych. Po trzecie, nasze hierarchie: jedzenie, naczynia, miejsce, ubranie, nawet sposób siedzenia mówią więcej niż chcielibyśmy przyznać.
Może dlatego Manetowski kosz z przewróconymi owocami jest taki niepokojący. Nie dlatego, że ktoś urządził lunch w lesie. Raczej dlatego, że pod pozorem wypoczynku ujawnił się cały porządek świata: ciało i ubranie, męskie i kobiece, natura i miasto, sztuka dawna i nowa, spojrzenie i wstyd, swoboda i przemoc konwencji. Piknik miał być przerwą od społeczeństwa, a okazał się jego miniaturą.
I kiedy następnym razem zobaczymy ludzi siedzących na kocu — z arbuzem, termosami, dziećmi, winem, psem, telefonami i torbą pełną pojemników — nie lekceważmy tej sceny. To nie jest tylko odpoczynek. To mała republika na trawie, chwilowa konstytucja wspólnego apetytu. Nie zawsze sprawiedliwa, nie zawsze elegancka, czasem głośna, czasem śmieszna, czasem wzruszająco nieporadna.
Ale właśnie dlatego prawdziwa.
Źródła
- A Lesson Learnt at Box Hill, Jane Austen’s House, https://janeaustens.house/articles/a-lesson-learnt-at-box-hill/
- A Sunday on La Grande Jatte — 1884, Georges Seurat / Art Institute of Chicago, https://www.artic.edu/artworks/27992/a-sunday-on-la-grande-jatte-1884
- Australian Gothic: Peter Weir’s Picnic at Hanging Rock at 50, Cinephilia & Beyond, https://cinephiliabeyond.org/picnic-at-hanging-rock/
- Breaking Bread: the Functions of Social Eating, Robin I. M. Dunbar, https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/32025474/
- Claude Monet — Le Déjeuner sur l’herbe, Musée d’Orsay, https://www.musee-orsay.fr/en/artworks/le-dejeuner-sur-lherbe-25651
- Contrasting cultural landscapes and spaces in Peter Weir’s Picnic at Hanging Rock, Johanna Holmqvist, https://philarchive.org/archive/HOLCCL
- Emma, Chapter 43, Jane Austen / janeausten.org, https://www.janeausten.org/emma/chapter-43.php
- Étymologie de PIQUE-NIQUE, CNRTL, https://www.cnrtl.fr/etymologie/pique-nique
- Le Déjeuner sur l’herbe, Édouard Manet / Musée d’Orsay, https://www.musee-orsay.fr/en/artworks/le-dejeuner-sur-lherbe-904
- Luncheon of the Boating Party, Pierre-Auguste Renoir / The Phillips Collection, https://www.phillipscollection.org/collection/luncheon-boating-party
- Picnic: A History, Walter Levy, https://rowman.com/ISBN/9780759123137/Picnic-A-History
- PICNIC Definition & Meaning, Merriam-Webster, https://www.merriam-webster.com/dictionary/picnic
- picnic, n., adj., & adv. — meanings, etymology and more, Oxford English Dictionary, https://www.oed.com/dictionary/picnic_n
- Piknik na skraju drogi, Arkadij i Boris Strugaccy, https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4904845/piknik-na-skraju-drogi
- Piknik pod Wiszącą Skałą (film), reż. Peter Weir, https://www.imdb.com/title/tt0073540/
- pique-nique — définition, citations, étymologie, Émile Littré / littre.org, https://www.littre.org/definition/pique-nique
- PIQUE-NIQUE, Dictionnaire de l’Académie française, https://www.dictionnaire-academie.fr/article/A9P2516
- Social eating connects communities, University of Oxford, https://www.ox.ac.uk/news/2017-03-16-social-eating-connects-communities
- Socjologia codzienności, Piotr Sztompka, https://www.znak.com.pl/ksiazka/socjologia-codziennosci-piotr-sztompka-10885
- Study for “A Sunday on La Grande Jatte”, Georges Seurat / Metropolitan Museum of Art, https://www.metmuseum.org/art/collection/search/437658
- Śniadanie na trawie (Le Déjeuner sur l’herbe), Édouard Manet, https://www.musee-orsay.fr/en/artworks/le-dejeuner-sur-lherbe-631
- The Book of Household Management, Isabella Beeton, https://www.gutenberg.org/ebooks/10611
- The History of the London Picnic, Fortnum & Mason, https://www.fortnumandmason.com/stories/history-of-the-london-picnic
- The History of the Picnic, Alexander Lee, History Today, https://www.historytoday.com/archive/historians-cookbook/history-picnic
- What Is Commensality? A Critical Discussion of an Expanding Research Field, Håkan Jönsson i in., https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8295993/