Kiedy w 1975 roku Steve Jobs i Steve Wozniak majsterkowali w garażu w Los Altos, nie mogli korzystać z open space’a w pobliskim inkubatorze biznesu. Nie mieli też puli godzin na darmowe konsultacje z mentorami. Szukali więc dostępu do cyny, płytek drukowanych i miejsca, gdzie pragmatyczny instynkt inżyniera mógł zderzyć się z surową, fizyczną materią. Wokół historii Doliny Krzemowej urosła mitologia, która przez ostatnie dekady próbowała przekonać nas, że do stworzenia przełomowej firmy wystarczą dwa laptopy, puszka napoju energetycznego (ewentualnie ziemniaczana dieta trwająca miesiąc) i wyświechtana fraza o „nikt jeszcze tego nie zrobił”.
Warto jednak przypomnieć, że u zarania niemal każdej technologicznej rewolucji leżało bardzo głębokie, rzemieślnicze wręcz rozumienie tkanki przemysłu.
Bezcenne wdrożenie
Właśnie z tej perspektywy warto spojrzeć na uruchamianą przez Ministerstwo Edukacji Narodowej sieć Branżowych Centrów Umiejętności. Na pierwszy rzut oka zestawienie słowa „founder” – z całym jego startupowym sztafażem – z instytucją o nazwie trącącej lekko urzędniczym językiem minionej epoki, może wydawać się stylistycznym zgrzytem. A przez to uznać, że takie Branżowe Centrum pasuje jak pięść do nosa do nowoczesnego startupowego uniwersum. A jednak to właśnie tu, na styku edukacji zawodowej, nowoczesnych technologii i konkretnych sektorów gospodarki, może dziś kiełkować to, co w polskim ekosystemie innowacji przez lata było najsłabszym ogniwem: autentyczne zakorzenienie w realiach rynku.
Młody założyciel technologicznego biznesu nad Wisłą rzadko cierpi na brak wyobraźni. Potrafi zaprojektować błyskotliwą aplikację, sprawnie porusza się w świecie algorytmów i zna pojęcia, którymi oczarowuje fundusze venture capital. Prawdziwe schody zaczynają się wtedy, gdy przychodzi do zderzenia z grawitacją rzeczywistości. Wtedy, gdy trzeba zdobyć pierwszego, płacącego klienta, zbudować wiarygodność w tradycyjnej branży czy zrozumieć specyfikę procesów produkcyjnych. Tradycyjny przemysł bywa sceptyczny wobec dwudziestolatków składających obietnice w języku korporacyjnej nowomowy.
Czy zatem Branżowe Centra Umiejętności mogą stać się czymś więcej niż tylko ośrodkami szkoleniowymi? Wydaje się, że tak. Na pewno jest w nich potencjał, by stać się przestrzenią do bezpiecznej walidacji. Jeśli startup tworzy rozwiązanie z zakresu IoT dla automatyki przemysłowej, zielonej energii czy mechatroniki, to właśnie w BCU – zawieszonych między edukacją a biznesem branżowym – młodzi twórcy zyskują coś bezcennego: naturalny ekosystem i poligon doświadczalny. To tam przecinają się ścieżki praktyków, inżynierów i decydentów z danych sektorów. Możliwość przetestowania swojego produktu w warunkach zbliżonych do rzeczywistych i uzyskania informacji zwrotnej od kogoś, kto w danej branży zjadł zęby, daje młodemu przedsiębiorcy przewagę, której nie kupi za żadne pieniądze z grantu (zakładając, że uda mu się takowy pozyskać…). To budowanie wiarygodności nie na podstawie obietnic wylistowanych w pitch decku, ale na podstawie konkretnego wdrożenia, potwierdzonego konkretnymi referencjami od konkretnego przedsiębiorcy.
Przykręcanie śruby
To myślenie o budowaniu organicznego mostu między młodością a biznesem ma swój wyraźny punkt odniesienia w innych inicjatywach, takich jak choćby program „Uczelnie Przyszłości”. Choć wyrastają z nieco innych pni – jeden bliższy jest akademickim korytarzom i kształtowaniu postaw post-edukacyjnych, drugi zaś zorientowany silniej na konkretny, branżowy fach – łączy je ta sama, głęboka intuicja. Oba projekty próbują zasypać przepaść dzielącą czystą teorię od rynkowej praktyki. Podczas gdy „Uczelnie Przyszłości” skupiają się na zaszczepianiu myślenia przedsiębiorczego, nauce elastyczności i kompetencji miękkich w murach szkół wyższych, Branżowe Centra Umiejętności dają tej energii twardy, technologiczny fundament. Działają jak dwa boki tego samego medalu: jedne uczą, jak dostrzec szansę rynkową i nadać jej strukturę biznesową, drugie – jak osadzić ją w realiach konkretnej gałęzi przemysłu.
Czy zatem przyszły polski startup, dobrze radzący sobie nie tylko na rynku polskim, ale równie sprawnie skalujący swoją zagraniczną działalność, powstanie w hali Branżowego Centrum Umiejętności? Być może. Ale ważniejsze jest to, że twórcy tych projektów zaczynają dostrzegać prostą prawdę, którą kultura techniczna zna od dawna: rewolucje rzadko rodzą się w próżni. Wymagają mocnego zakorzenienia w rzeczywistości, przyziemnego spojrzenia, dobrego warsztatu i ludzi, którzy wiedzą, jak dokręcić śrubę – zarówno tę dosłowną, jak i tę w modelu biznesowym.