Zamek w Rynie ma wszystko, czego potrzeba dobrej scenografii do opowieści o pieniądzach. Grube mury, dziedziniec, krużganki, ciężkie drzwi i tę szczególną właściwość starych budowli, która sprawia, że rozmowy prowadzone półgłosem brzmią tutaj naturalniej niż gdziekolwiek indziej.
W dniach 24–25 sierpnia 2026 roku właśnie w Hotelu Zamek Ryn odbywał się PARP Future Camp. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości zaprosiła młodych przedsiębiorców, innowatorów, inwestorów i ludzi startupowego ekosystemu. Przyjechało blisko 400 osób. Ponad 230 startupów zgłosiło się do konkursu PARP Future Challenge, czternaście stanęło ostatecznie na scenie. Były warsztaty, pitching, rozmowy z inwestorami, praca nad prototypami, networking i wszystko to, co zwykle znajduje się w programie wydarzeń mających skrócić drogę między pomysłem a biznesem.
Czytaj także: Finał konkursu pitchingowego PARP Future Camp 2026 za nami. Poznaliśmy innowacyjne projekty, które zdobyły uznanie ekspertów
Byliśmy tam także i my, jako patron medialny. A że mieliśmy czas na rozmowy z Wami, to z tej okazji skwapliwie korzystaliśmy. Wy zresztą również, zwłaszcza, że były to spotkania przy wyłączonym dyktafonie. W Rynie jeden temat powracał kilka razy, podnoszony przez różnych rozmówców: polscy inwestorzy venture capital.
Nie chodziło przy tym o wysokość wycen, term sheety, liquidation preference czy długość procesu inwestycyjnego. Founderki i founderzy, z którymi rozmawialiśmy, opowiadali raczej o czymś trudniejszym do zmierzenia. O specyficznym stylu funkcjonowania polskiego VC.
Jeden z nich ujął to mniej więcej tak:
— Mam czasem wrażenie, że polskie fundusze nie inwestują w przyszłość. Inwestują w to, o czym pół roku wcześniej przeczytały, że jest czy też dopiero będzie przyszłością.
Gdzie są polskie tezy inwestycyjne?
No dobrze, ale czy to źle, że polscy finansiści stawiają na przyszłość? Venture capital jest z definicji biznesem opartym na przewidywaniu.Fundusz nie powinien zarabiać dlatego, że poprawnie opisuje teraźniejszość. Powinien zarabiać dlatego, że wcześniej niż inni dostrzegł przyszłość.
W najbardziej romantycznej wersji tej opowieści inwestor jest kimś pomiędzy finansistą a kartografem. Próbuje narysować mapę lądu, którego jeszcze nie ma. Tak powstały przecież całe legendy Doliny Krzemowej.
Don Valentine z Sequoia Capital inwestował w Apple, kiedy komputer osobisty wciąż był egzotycznym produktem dla hobbystów. John Doerr z Kleiner Perkins uczynił internet jednym z centralnych tematów inwestycyjnych funduszu jeszcze przed eksplozją gospodarki cyfrowej. Andreessen Horowitz przez lata publikował własne tezy dotyczące software’u, kryptowalut, AI czy gospodarki twórców.
Można oczywiście dyskutować o jakości poszczególnych prognoz. Niektóre kończyły się spektakularnie źle. Ale trudno odmówić tym funduszom ambicji uczestniczenia w tworzeniu narracji o przyszłości.
I właśnie tego — przynajmniej według części moich rozmówców w Rynie — brakuje w Polsce.
— Najpierw było SaaS. Potem marketplace’y. Potem climate tech. Potem deep tech. Teraz wszyscy mówią AI i dual-use. Zawsze jesteśmy pół kroku za prezentacją z Londynu albo San Francisco — mówił mi founder jednej z młodych spółek technologicznych.
Ktoś inny użył mocniejszej metafory:
— Polski VC przypomina restaurację, która patrzy, co dobrze sprzedaje się w Nowym Jorku, i pół roku później wpisuje to do menu.
Nie wiem, czy jest to opis sprawiedliwy. Wiem natomiast, że pojawiał się podczas tych dwóch dni więcej niż raz. Co ciekawe, obraz rynku widziany przez dane jest dziś znacznie bardziej optymistyczny niż ton tych rozmów.
Pierwsze półrocze 2026 roku było rekordowe. Polskie startupy pozyskały łącznie 4,6 mld zł, jeśli uwzględnić największe rundy. Dla porównania cały 2025 rok zamknął się kwotą około 3,4 mld zł. Wynik 2026 roku został oczywiście w ogromnym stopniu podbity przez gigantyczne finansowania ElevenLabs i ICEYE, które wspólnie odpowiadały za 3,7 mld zł. Pisaliśmy o tym w naszej analizie przywołanego raportu, podważając optymistyczny ton autorów raportu.
Czytaj także: Półrocze rekordów i megarund: PR od PFR czy polski rynek VC rzeczywiście przeżywa złoty wiek?
Karol Lasota z Inovo VC komentował dane PFR Ventures bardzo podobnym językiem: AI jeszcze wzmocniło charakterystyczną dla VC zasadę „power law” — kapitał płynie do liderów kategorii, a cały rynek próbuje znaleźć kolejnego zwycięzcę. Founderzy z Rynu zadawali jednak inne pytanie: kto właściwie definiuje te kategorie?
Cudzym pieniądzem łatwo ryzykować
W którejś z rozmów pojawił się jeszcze jeden wątek. Początkowo jako półżart.
— Łatwo być bardzo wymagającym inwestorem, kiedy dużą część pieniędzy na inwestowanie dostało się wcześniej albo od państwowej instytucji, albo od Unii — powiedział jeden z founderów.
Stwierdzenie, że polskie fundusze venture capital inwestują po prostu „państwowe pieniądze”, byłoby nieprawdziwe. Na rynku działają fundusze o różnej strukturze kapitału, funkcjonuje kapitał prywatny, korporacyjny i zagraniczny. Ale równie nieprawdziwe byłoby udawanie, że polski rynek VC wyrósł wyłącznie z prywatnej skłonności inwestorów do podejmowania ryzyka. PFR Ventures zarządza dziś około 6 mld zł i ma w swoim portfelu około 90 funduszy. Sama instytucja przedstawia się jako fundusz funduszy, który wspólnie z inwestorami prywatnymi, aniołami biznesu i korporacjami inwestuje w fundusze VC i private equity. Większość kapitału znajdującego się w jej programach pochodzi z programów Unii Europejskiej, pozostałe źródła obejmują między innymi środki Polskiego Funduszu Rozwoju oraz Program Szwajcarski.
Czytaj także: Polski VC łapie oddech. Optymizm wraca, ale rynek wciąż gra w trybie „high difficulty”: wnioski z „Barometru nastrojów VC/PE”
Skala tej infrastruktury jest niemała.
Tylko w programach drugiej edycji finansowanych z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki przeznaczono 1,824 mld zł na kapitalizację PFR Starter, PFR Biznest, PFR Otwarte Innowacje, PFR KOFFI i PFR NCBR CVC. Według danych z maja 2026 roku w portfelu PFR Ventures znajdowało się już 19 funduszy wspartych środkami FENG. Trafiło do nich łącznie 1,5 mld zł, z czego około miliarda stanowił kapitał publiczny, a pół miliarda — kapitał prywatny wniesiony przez ponad 300 inwestorów.
Równie wymowne są dane dotyczące samych transakcji. W drugim kwartale 2026 roku fundusze wspierane przez PFR Ventures uczestniczyły w 19 rundach finansowania. Łącznie na polskim rynku odnotowano wówczas 43 transakcje. Siedemnaście inwestycji funduszy wspieranych przez PFR Ventures odbyło się na etapie seed.
To nie oznacza oczywiście, że w 19 spośród 43 rund cały kapitał pochodził z pieniędzy publicznych. Rundy są często syndykowane, obok funduszy wspartych przez PFR pojawiają się inwestorzy prywatni i zagraniczni. Pokazuje to jednak, jak trudno opowiadać o polskim rynku młodych spółek technologicznych bez uwzględnienia publicznej infrastruktury kapitałowej.
I właśnie ten fakt wywoływał irytację części moich rozmówców w Rynie.
Nie kwestionowali sensu istnienia PFR Ventures. Nie postulowali likwidacji publicznego wsparcia dla venture capital. Ich zarzut był bardziej psychologiczny niż ekonomiczny i dotyczył asymetrii.
— Founder ma zaryzykować kilka lat życia, czasami oszczędności, reputację, relacje z rodziną. A potem siedzi naprzeciw człowieka, który zarządza funduszem zbudowanym w dużej części dzięki publicznym pieniądzom i słyszy wykład o podejmowaniu ryzyka — mówił jeden z przedsiębiorców.
Aby ująć to prościej, a przy okazji bardziej dosadnie, można by napisać: „founderzy mają runway. Inwestorzy mają management fee.”
Management fee nie jest polskim wynalazkiem ani patologią funduszy korzystających z publicznego kapitału. Jest standardowym elementem światowej konstrukcji venture capital. Fundusz musi zatrudniać ludzi, prowadzić due diligence, obsługiwać prawników, monitorować portfolio i funkcjonować przez wiele lat, zanim pojawią się pierwsze exity.
To oczywiste i nikt tego nie kwestionuje. Kwestionowana jest za to dalece niesymetryczna pozycja ekonomiczna obu stron, zasiadających przy stole negocjacyjnym. Po jednej stronie siedzi przedsiębiorca, którego firma może nie przetrwać kolejnych dziewięciu miesięcy bez finansowania.
Po drugiej — profesjonalny zarządzający kapitałem, którego fundusz został wcześniej wyposażony w pieniądze przeznaczone właśnie na finansowanie takich przedsiębiorców.
Kapitał miał więc rozwiązywać niedoskonałość rynku. Zdaniem części founderów stworzył przy okazji nową hierarchię.
— Czasem mam wrażenie, że zapomnieliśmy, kto tutaj świadczy usługę komu — powiedziała nam jedna z osób. — Startup zaczyna zachowywać się tak, jakby inwestor robił mu przysługę samym faktem, że zgodził się przeczytać pitch deck.
Trudno rozstrzygnąć, jak powszechne jest takie doświadczenie.
Ale konstrukcja polskiego rynku rzeczywiście jest specyficzna. Publiczny kapitał miał przede wszystkim uruchomić mechanizm prywatny: stworzyć zespoły zarządzające, przyciągnąć prywatnych inwestorów, zwiększyć liczbę transakcji i zbudować rynek, który z czasem będzie potrzebował coraz mniej instytucjonalnej podpory.
To klasyczna logika interwencji publicznej. Państwo albo Unia pojawiają się tam, gdzie rynek sam inwestuje za mało, ponieważ ryzyko jest duże, horyzont zwrotu daleki, a informacja niepełna.
Tyle że po kilkunastu latach budowania polskiego venture capital można zadać pytanie, które podczas rozmów w Rynie powracało w różnych wariantach: czy publiczny pieniądz nauczył polskich inwestorów podejmować większe ryzyko?
A może jest wręcz przeciwnie — częściowo ich od niego odzwyczaił?
Moi rozmówcy mieli na ten temat dość zdecydowane zdanie.
— Jeśli przez lata dostajesz instytucjonalny kapitał na inwestowanie w ryzykowne firmy, bardzo łatwo z człowieka, który powinien szukać rzeczy niezwykłych, zamienić się w administratora procesu — powiedział jeden z founderów.
Kto pierwszy powiedział „AI”?
Moda w venture capital nie jest niczym nowym. Historia tego rynku jest także historią okresowych gorączek. Dot-comy. Social media. Mobile. Sharing economy. Blockchain. Crypto. Metaverse. Climate tech. Generative AI. Defence tech. Kapitał zawsze skupiał się wokół narracji.
Problem — jak sugerowali nasi rozmówcy — zaczyna się wtedy, gdy lokalny ekosystem potrafi jedynie rozpoznawać narracje powstałe gdzie indziej.
— Chciałbym kiedyś usłyszeć od polskiego funduszu: „przez pięć lat analizowaliśmy ten rynek i uważamy, że właśnie tutaj powstanie nowa ogromna kategoria. Szukamy founderów, którzy ją zbudują”. Zamiast tego częściej słyszę: „AI jest teraz hot, macie tam jakiś komponent AI?” — opowiadał jeden z przedsiębiorców.
W jego głosie było więcej rozbawienia niż pretensji.
Ktoś przy stole rzucił wtedy, że gdyby jutro „Financial Times”, Andreessen Horowitz i Sequoia zaczęły pisać o startupach produkujących inteligentne gwoździe, najpóźniej za pół roku w Polsce pojawiłyby się dwa fundusze z tezą inwestycyjną „smart construction hardware”.
Inwestor, który nie chce spotkać foundera
W świecie startupów używanie AI do selekcji informacji nikogo już oczywiście nie dziwi. Fundusze otrzymują setki albo tysiące pitch decków. Screening jest pracochłonny. Automatyczne klasyfikowanie projektów, analiza parametrów spółek czy wyszukiwanie sygnałów inwestycyjnych jest naturalnym zastosowaniem współczesnych modeli językowych.
W rozmowach w Rynie pojawiła się jednak nazwa Poli Venczer — chatbota, do którego founderzy mają przesyłać swoje prezentacje i opowiadać o projektach.
Reakcja founderów na ten pomysł jest dość… jednoznaczna.
— Founder przez dłuższy buduje produkt, zatrudnia ludzi, rozmawia z klientami, ryzykuje własne pieniądze, a potem ma opowiedzieć o tym chatbotowi, żeby inwestor nie musiał poświęcić mu dwudziestu minut? — pytał jeden z rozmówców.
— Przecież cały mit venture capital polega na tym, że inwestor rozpoznaje wyjątkowych ludzi. Jeśli pierwszym rozmówcą foundera ma być bot, to trochę tak, jakby klub piłkarski wysyłał algorytm na wszystkie mecze juniorów, a skaut nie wychodził z biura – to już kolejny głos w tym temacie.
Chwilę wcześniej prezes PARP Krzysztof Gulda mówił ze sceny, że w czasach rewolucji AI „wciąż najważniejsze są relacje”.
Czy to LinkedIn, czy ambona?
I na koniec, wisienka na torcie. Coś, co większości nas towarzyszy przez cały dzień: czyli LinkedIn.
Każdy, kto obserwuje polski ekosystem startupowy, zna ten gatunek. Post zaczyna się często od zdania: „founderze, musisz zrozumieć jedną rzecz”. Następnie kilka akapitów o tym, czego founderzy nie rozumieją: sprzedaży, skalowania, runwayu, hiringu, focusu, fundraisingu, product-market fit albo budowania organizacji. Na końcu, jakże mogło być inaczej, pojawia się rada. Ba, czasem jest ich nawet siedem.
Jeden z przedsiębiorców w Rynie opisywał to tak:
— Najbardziej fascynują mnie inwestorzy, którzy dwa razy w tygodniu tłumaczą founderom na LinkedInie, jak budować firmę. Chciałbym czasami zobaczyć firmę, którą sami wcześniej zbudowali.
Inna osoba była bardziej pobłażliwa:
— Nie przeszkadzają mi rady. Przeszkadza mi ton. Czasami brzmi to tak, jakby po jednej stronie siedzieli dorośli, a po drugiej dzieci, którym trzeba wyjaśnić biznes.
Nie był to zresztą zarzut wobec konkretnego funduszu ani konkretnego inwestora. Raczej wobec pewnego języka. LinkedIn stworzył bowiem osobliwy rodzaj ekonomii reputacji. Wiedza, która dawniej przekazywana była podczas zamkniętej rozmowy partnera funduszu z founderem, stała się publicznym contentem.
Porada jest dziś jednocześnie poradą i marketingiem. Mentoring jest także personal brandingiem. Komentarz dotyczący błędów przedsiębiorców może być równocześnie metodą pozyskiwania deal flow. Nie musi być w tym nic złego. Ale founderzy doskonale rozumieją mechanikę platform społecznościowych. Sami spędzają tam wystarczająco dużo czasu. Dlatego — jak mówił mi jeden z nich — szczególnie drażni ich sytuacja, w której marketing przebrany zostaje za kazanie.
— Odnoszę nieraz wrażenie, że cały polski startupowy LinkedIn składa się z ludzi mówiących innym ludziom, co robią źle — powiedział nam jeden z gości Future Camp. – I wiecie co, wszyscy śmieją się z Dawida Pałki i jego różnych biznesowych przygód. Ale on przynajmniej jest zabawny, czasem nawet pocieszny w tych swoich opowieściach. A cała reszta inwestorów, wujków-dobra-rada jest w tym swoim przekazie nie do wytrzymania.
Czytaj także: #OHO!: ex-inwestorka Magdalena Olczak-Nowicka krytycznie o propagandzie VC, Oskar Lipiński krytycznie o oszczędzaniu, Maciej Sawicki krytycznie o zarabianiu na LinkedIn
Dwa obrazy tego samego rynku
Można wyjechać z Rynu z zupełnie inną historią niż ta, którą snujemy w powyższych akapitach. I obie historie będzie można uznać za prawdziwe.
Można mówić o czternastu startupach prezentujących swoje pomysły przed jury. Można mówić o WearMeUp.Club zdobywającym trzy nagrody. O młodych ludziach projektujących produkty, budujących prototypy i szukających pierwszych klientów – też mówić można, a nawet trzeba. Co zresztą robimy.
Czytaj także: Personalizacja w modzie nie jest kaprysem. Jest sposobem na przywrócenie normalności – Marta Zagożdżon (WearMeUp.Club)
Można również przywołać na dane PFR Ventures i zauważyć, że 77 proc. rund w drugim kwartale 2026 roku stanowiły inwestycje seed i pre-seed. Można przypomnieć, że 56 funduszy zainwestowało w tym kwartale 594 mln zł w 43 polskie spółki, nie licząc megarundy ICEYE.
To nie jest obraz rynku pogrążonego w bezruchu.
Jednocześnie pod krużgankami Zamku Ryn można było usłyszeć inną opowieść.
Opowieść snutą przez founderki i founderów, którzy chcieliby, żeby inwestorzy częściej ich zaskakiwali. Żeby mieli własne obsesje. Własne tezy inwestycyjne. Własne sektory, których jeszcze nie ma w prezentacjach największych funduszy świata.
Żeby czasami zadzwonili i powiedzieli: „od dwóch lat próbujemy zrozumieć ten problem. Wygląda na to, że wy też. Porozmawiajmy”.
Zamiast wysyłać link do formularza. Tudzież chatbota.