Personalizacja w modzie nie jest kaprysem. Jest sposobem na przywrócenie normalności – Marta Zagożdżon (WearMeUp.Club)

Dodane:

Aleksandra Janik Aleksandra Janik

Personalizacja w modzie nie jest kaprysem. Jest sposobem na przywrócenie normalności – Marta Zagożdżon (WearMeUp.Club)

Udostępnij:

Standardowa rozmiarówka sieciówek wmawia nam, że ludzkie ciało da się zamknąć w kilku uśrednionych literach – S, M, L, XL. Marta Zagożdżon, twórczyni startupu WearMeUp.Club, postanowiła rozbić ten system za pomocą technologii.

Jej platforma używa algorytmów, by automatycznie generować wykroje krawieckie skrojone pod realne, a nie statystyczne wymiary użytkowników. Rozmawiamy o zderzeniu tradycyjnego rzemiosła z cyfrowym światem, planowanej ekspansji zagranicznej oraz o tym, dlaczego personalizacja ubrań to powrót do normalności, a nie chwilowy kaprys.

Jak zaczęła się Pani przygoda z krawiectwem?

Moja przygoda z szyciem zaczęła się w dzieciństwie. Na zabawkowej maszynie szyłam ubranka dla lalek — wtedy takich rzeczy nie można było po prostu kupić w sklepie, więc trzeba było je sobie wymyślić i stworzyć samemu. Potem życie potoczyło się dalej. Na jakiś czas szycie zeszło na drugi plan. Trochę o nim zapomniałam, trochę nie było okazji, żeby do niego wrócić.

Przełom przyszedł wiele lat później, w bardzo prozaicznej sytuacji. Kupiliśmy dom, a do niego firany i zasłony. Zanieśliśmy je do punktu krawieckiego, żeby je dopasować. Kiedy usłyszeliśmy cenę — 800 złotych — powiedziałam: „Nie, tyle to my za to nie zapłacimy”. Zapytałam męża, gdzie jest najbliższy sklep z maszynami do szycia. Pojechaliśmy, kupiliśmy Singera za połowę tej kwoty, a ja jeszcze tego samego wieczoru, w trzy godziny, obszyłam firany i zasłony do całego domu.

I wtedy coś kliknęło.

Ta jedna sytuacja pokazała mi, że mogę, że potrafię. Szycie daje nie tylko konkretny efekt, ale też ogromną radość i niezwykłe poczucie sprawczości. To moment, w którym człowiek patrzy na coś gotowego i myśli: „Zrobiłam to sama”. Skoro miałam już maszynę, zaczęłam szyć kolejne rzeczy. Najpierw skracałam, przerabiałam, poprawiałam ubrania. Potem poszłam na kurs kroju i szycia. I tam bardzo szybko odkryłam, że największą zmorą osób szyjących są wykroje krawieckie.

Bo dobry wykrój to tak naprawdę fundament dobrze uszytego ubrania. Jeśli mamy wykrój dopasowany do sylwetki, taki, którego nie trzeba bez końca poprawiać, kombinować i testować, cały proces szycia staje się dużo prostszy. Wystarczy ułożyć go na tkaninie, skroić materiał, zszyć elementy — i ubranie zaczyna powstawać. Byłam ogromnie zdziwiona, że w świecie, w którym tak wiele procesów zostało już zautomatyzowanych i zdigitalizowanych, tworzenie wykrojów nadal w dużej mierze opiera się na tradycyjnych metodach, gotowych tabelach rozmiarów i ręcznym dopasowywaniu.

Właśnie z tego zdziwienia, doświadczenia i bardzo osobistej radości szycia narodził się pomysł na WearMeUp.Club — platformę, która pomaga tworzyć wykroje krawieckie dopasowane do realnych wymiarów konkretnej osoby. Bo wierzę, że szycie może być prostsze, bardziej dostępne i dużo bardziej przyjazne. A dobrze przygotowany wykrój może dać osobie szyjącej coś znacznie więcej niż ubranie. Może dać pewność, radość tworzenia i poczucie: „umiem, potrafię, mogę”.

Wspomniała Pani, że WearMeUp.Club powstał z prostej potrzeby ucieczki od standardowej rozmiarówki. Czy pamięta Pani ten jeden, konkretny moment frustracji przy tradycyjnym wykroju krawieckim, w którym powiedziała Pani sobie: „Dość, muszę napisać do tego algorytm”?

Tak, chociaż to nie był jeden filmowy moment, w którym spada na człowieka olśnienie. To była raczej suma małych frustracji, które w pewnym momencie zaczynają układać się w bardzo konkretny wniosek: ten system po prostu nie działa tak, jak powinien.

Każda osoba, która szyła z tradycyjnych wykrojów, zna ten scenariusz. Najpierw wybieramy rozmiar z tabeli, potem okazuje się, że w biuście pasuje jeden, w talii drugi, w biodrach trzeci. Później zaczyna się przerysowywanie, kombinowanie, poprawki, dopasowywanie „na oko”. Dla osób z doświadczeniem to jest jeszcze do przejścia. Ale dla początkujących to bywa moment, w którym cała radość z szycia zamienia się w stres.

I ja właśnie od tej radości wyszłam. Pomyślałam: skoro potrafimy personalizować muzykę, reklamy, zakupy online, trasy przejazdu, dietę czy trening, to dlaczego wciąż zakładamy, że ludzkie ciało ma się dopasować do kilku standardowych rozmiarów? Przecież to powinno działać odwrotnie. To wykrój powinien dopasować się do człowieka.

WearMeUp.Club powstał więc z bardzo prostej potrzeby: żeby technologia zdejmowała z użytkownika najbardziej frustrującą część procesu, a zostawiała mu to, co w szyciu najpiękniejsze — wybór tkaniny, twórczość, sprawczość i satysfakcję z ubrania uszytego naprawdę dla siebie.

Platforma oferuje już ponad 500 modeli ubrań i działa w pięciu wersjach językowych. Które rynki zagraniczne wykazują obecnie największe zainteresowanie cyfrowym krawiectwem i czy zauważa Pani różnice w podejściu do slow fashion w Polsce i za granicą?

Na razie świadomie koncentrujemy się przede wszystkim na rynku polskim. Mamy oczywiście ambicje międzynarodowe i od początku budujemy WearMeUp.Club jako rozwiązanie, które może działać szerzej niż tylko lokalnie — stąd pięć wersji językowych platformy i myślenie o produkcie w kategoriach skalowalnych. Ale jesteśmy też bardzo uważni na to, żeby nie wyprzedzić własnej gotowości.

W tej chwili najważniejsze jest dla nas bardzo dobre przetestowanie produktu w Polsce: sprawdzenie ścieżki użytkownika, dopracowanie procesu generowania wykrojów, zebranie informacji zwrotnych od osób szyjących i dalsze rozwijanie instrukcji, które są dołączone do każdego wykroju. To właśnie instrukcje są jednym z kluczowych elementów doświadczenia użytkownika — bo nie chcemy dawać ludziom samego pliku PDF, tylko realne wsparcie w uszyciu ubrania. Na ten moment pracujemy nad ich tłumaczeniami i dopiero kiedy cały proces będzie równie dobry w innych językach, będziemy gotowi szerzej wypłynąć poza Polskę.

Ekspansję zagraniczną planujemy w drugiej połowie roku, ale chcemy ją prowadzić etapowo. Interesują nas szczególnie rynki, na których silne są społeczności szyciowe, kultura DIY, handmade i slow fashion. To miejsca, gdzie użytkownicy szybko rozumieją, że wykrój na miarę nie jest technologiczną ciekawostką, tylko odpowiedzią na bardzo konkretny problem: ubrania mają leżeć na człowieku, a nie na statystycznym rozmiarze.

Widzę też pewne różnice w podejściu do slow fashion. W Polsce szycie często wraca jako pasja, forma odpoczynku, sposób na bycie offline, ale też praktyczna odpowiedź na rozczarowanie jakością i rozmiarówką ubrań dostępnych w sklepach. Na bardziej dojrzałych rynkach zagranicznych mocniej wybrzmiewa aspekt świadomej konsumpcji: mniej rzeczy, lepiej dopasowanych, dłużej używanych.

Ale kierunek jest wspólny. Ludzie coraz częściej nie chcą tylko kupować kolejnych ubrań. Chcą mieć większy wpływ na to, co noszą, jak to powstaje, jak leży i jak długo z nimi zostaje. My chcemy najpierw bardzo dobrze udowodnić tę wartość w Polsce, a potem dopiero skalować ją dalej.

Przejście od ręcznego przerysowywania szablonów z gazet do automatycznego generowania plików PDF to gigantyczny skok. Jak wyglądało zderzenie tradycyjnego świata krawiectwa z technologią w fazie testów – czy krawcy z wieloletnim stażem wierzyli, że algorytm może zastąpić ich dotychczasową pracę nad konstrukcją odzieży?

Na początku było dużo ciekawości, ale też bardzo zdrowej nieufności. I ja to doskonale rozumiem. Krawiectwo jest rzemiosłem opartym na doświadczeniu, oku, proporcji, wyczuciu tkaniny, znajomości sylwetki. Nie da się tego sprowadzić wyłącznie do kodu.

Dlatego od początku nie myśleliśmy o technologii jako o czymś, co ma „zastąpić” krawca. Raczej jako o narzędziu, które może zautomatyzować pewien powtarzalny, techniczny etap pracy. Algorytm nie ma wrażliwości projektanta. Nie wybierze za nas tkaniny, nie zdecyduje, jaki charakter ma mieć ubranie, nie zastąpi twórczej decyzji człowieka. Ale może bardzo precyzyjnie przeliczyć konstrukcję, wygenerować wykrój i dać użytkownikowi punkt wyjścia dopasowany do jego wymiarów.

W fazie testów najważniejsze było właśnie to zderzenie dwóch światów: tradycyjnej wiedzy konstrukcyjnej i technologii. Musieliśmy bardzo uważnie słuchać osób, które znają krawiectwo od podszewki. Ich uwagi były bezcenne, bo algorytm musi opierać się nie tylko na matematyce, ale też na logice konstrukcji odzieży.

Myślę, że największa zmiana nastąpiła wtedy, gdy sceptycy mogli zobaczyć efekt. Nie prezentację, nie obietnicę, tylko realny wykrój i realnie uszyte ubranie. Wtedy rozmowa staje się zupełnie inna. Bo okazuje się, że technologia nie zabiera wartości rzemiosłu. Ona może pomóc je przenieść do świata cyfrowego i udostępnić większej liczbie osób.

Jako platforma generująca wykroje na miarę, zaczynacie dysponować unikalnymi, niezwykle precyzyjnymi danymi o sylwetkach tysięcy ludzi. Gdyby te całkowicie anonimowe dane zestawić z tabelami rozmiarów ubrań, które znajdziemy w popularnych sieciówkach — jak bardzo odklejona od rzeczywistości okaże się masowa moda? Co jest największym kłamstwem współczesnej rozmiarówki?

Największym kłamstwem współczesnej rozmiarówki jest przekonanie, że człowieka da się zamknąć w jednej literze: S, M, L czy XL. To jest ogromne uproszczenie, które przez lata było wygodne dla produkcji masowej, ale niekoniecznie dla ludzi.

Problem polega na tym, że nasze ciała nie rosną i nie zmieniają się według jednej, liniowej tabeli. Ktoś może mieć węższe ramiona i szersze biodra. Ktoś inny większy biust i drobną talię. Dwie osoby mogą nosić teoretycznie ten sam rozmiar, ale potrzebować zupełnie innej konstrukcji ubrania. Standardowa rozmiarówka udaje, że istnieje „przeciętne ciało”, do którego wszyscy powinniśmy się zbliżać. A rzeczywistość jest znacznie bardziej różnorodna.

I to ma nie tylko wymiar praktyczny, ale też emocjonalny. Bardzo wiele osób, przymierzając ubrania w sklepach, myśli: „coś jest nie tak ze mną”. A często prawda jest zupełnie inna: to ubranie nie zostało zaprojektowane z myślą o ich sylwetce. To nie ciało jest problemem. Problemem jest system, który próbuje dopasować różnorodność ludzi do kilku uśrednionych kategorii.

Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza zmiana. Personalizacja w modzie nie jest kaprysem. Jest sposobem na przywrócenie normalności. Ubranie powinno służyć człowiekowi, a nie wystawiać mu ocenę w przymierzalni.

Wspominała Pani w wywiadach, że szycie bywa porównywane do „medytacji w ruchu” i idealnie odpowiada na potrzebę bycia offline. Jak udaje się Pani godzić tę romantyczną, analogową i wyciszającą naturę szycia z faktem, że rozwija Pani dynamiczny, technologiczny startup oparty na algorytmach? Czy technologia w tym przypadku nie „odczarowuje” rzemiosła?

Dla mnie technologia nie odczarowuje szycia. Ona może przywrócić mu magię — pod warunkiem, że jest dobrze użyta.
Szycie ma w sobie coś bardzo analogowego i pięknego. Jest dotyk tkaniny, dźwięk maszyny, skupienie, decyzje podejmowane rękami. To jest zupełnie inny rytm niż ten, w którym funkcjonujemy na co dzień — szybki, cyfrowy, pełen powiadomień. I właśnie dlatego ludzie tak bardzo potrzebują dziś takich aktywności. Szycie daje poczucie sprawczości i obecności tu i teraz.

Ale zanim dojdziemy do tej przyjemnej części, pojawia się etap, który dla wielu osób jest trudny: wybór rozmiaru, przerysowanie wykroju, dopasowanie, skalowanie, poprawki. I tu technologia może być sprzymierzeńcem. Nie po to, żeby zabrać człowiekowi proces tworzenia, ale żeby usunąć z niego barierę wejścia.

WearMeUp.Club nie szyje za użytkownika. Nie wybiera za niego stylu. Nie odbiera mu satysfakcji. Wręcz przeciwnie — pomaga szybciej dojść do momentu, w którym można usiąść przy maszynie i tworzyć.

Lubię myśleć o technologii w tym projekcie jak o dobrym asystencie w pracowni. Jest obecna wtedy, kiedy trzeba coś policzyć, przygotować, uporządkować. A potem schodzi na drugi plan i zostawia miejsce człowiekowi. Bo w centrum WearMeUp.Club nie jest algorytm. W centrum jest osoba, która chce uszyć coś dla siebie — na swoje ciało, w swoim stylu i w swoim tempie.