Na europejskim rynku technologicznym przez lata obowiązywał dogmat, w myśl którego o sile ekosystemu decydowała wyłącznie skala zassanej z rynku płynności. Kto zbierał wyższe rundy finansowania, ten automatycznie dyktował narrację o innowacyjności. Najnowsza edycja prestiżowego zestawienia magazynu Sifted (Sifted 100 DACH & CEE: The fastest-growing startups in 2026, wrzesień 2026 r.) przynosi jednak otrzeźwienie, a zarazem wyjątkowo ciekawy obraz dojrzałości technologicznej Europy Środkowo-Wschodniej. Obok tradycyjnej niemieckiej hegemonii kapitałowej wyłania się model pragmatyczny, zorientowany na rentowność i efektywność kosztową, w którym reprezentacja z Polski odegrała pierwszoplanową rolę.
Warszawa przeskakuje kilka szczebli naraz
W zestawieniu mierzącym skumulowany dwuletni wskaźnik wzrostu przychodów (CAGR) w 25 krajach regionu DACH i CEE, Polska zanotowała spektakularny skok. W latach 2024–2025 polskie przedsiębiorstwa stanowiły skromne 3% całego zestawienia, natomiast w edycji 2026 udział ten wystrzelił do 11%. Tym samym, Polska zrównała się z dotychczasowym regionalnym wzorcem innowacji, czyli Estonią, i ustępuje w liczbie najszybciej skalujących się biznesów jedynie Niemcom, które zajęły 41% miejsc. W ujęciu miejskim Warszawa z 7 startupami wskoczyła na trzecie miejsce wśród stolic innowacji, wyprzedzając m.in. Pragę i depcząc po piętach Tallinnowi oraz Monachium, podczas gdy liderem pozostaje Berlin z 24 firmami.
Ten sukces nie jest jednak wyłącznie zasługą mody na oprogramowanie chmurowe czy wszechobecnej gorączki sztucznej inteligencji. Raport Sifted odsłania zjawisko, które Mate Varkonyi, współzałożyciel budapeszteńskiego VeryCreatives, określił wprost na łamach mediów społecznościowych słowami: „Poland is slept on” (Polska jest niedoceniana). Uzupełnia to trafna diagnoza Patryka Szymczaka, twórcy warszawskiego Si Robotics, który zwraca uwagę, że Polska posiada „znacznie głębszą bazę inżynieryjną, niż zdaje sobie sprawę większość ludzi spoza regionu”, a kolejny rozdział rozwoju przesunie akcenty z klasycznego oprogramowania w stronę robotyki, sektora obronnego, technologii kosmicznych i segmentu hard tech.
Czytaj także: W cieniu zamku szeptem o inwestorach
Silna polska reprezentacja
Dowodem na tę ewolucję jest przekrój rodzimych reprezentantów w setce Sifted. Znalazło się w niej aż 11 podmiotów z Polski: krakowskie Tequipy (#9, B2B SaaS i sprzęt elektroniczny, wzrost o 372,5%), warszawski marketplace fotowoltaiczny sun.store (#13, 311,4% CAGR), TransactionLink (#31, weryfikacja tożsamości i przeciwdziałanie przestępstwom finansowym), Shen AI (#46, diagnostyka zdrowotna oparta na sztucznej inteligencji), poznański producent zaawansowanych protez bionicznych Aether Biomedical (#50), subskrypcyjna platforma elektroniki Plenti (#51), grudziądzki Waste24 (#65, systemy dla gospodarki odpadami), fintech Wealthon (#82), weteran analizy radarowych danych satelitarnych Satim (#84), lider płatności odroczonych PayPo (#92) oraz platforma inStreamly (#97).
Spoglądając krytycznie na te dane, analityk musi jednak odsiać marketingowy optymizm i zadać pytanie o strukturę finansowania. Niemiecki ekosystem funkcjonuje w zupełnie innej lidze kapitałowej. Średnie łączne finansowanie niemieckiej spółki z listy Sifted wynosi aż 247 mln euro przy przeciętnym zatrudnieniu na poziomie 232 pracowników. W tym samym czasie polski startup z zestawienia pozyskał średnio zaledwie 18,2 mln euro (i zatrudnia przeciętnie 60 osób), a estoński 21,5 mln euro przy 69 pracownikach. Skrajnym symbolem zachodniej nadpłynności pozostaje sklasyfikowany na 99. miejscu berliński potentat zielonej energii Enpal, który zebrał astronomiczne 5,4 mld euro długu i kapitału, generując wprawdzie 860 mln euro przychodów, lecz kosztem armii blisko 3,6 tysiąca pracowników i dynamiki wzrostu na poziomie zaledwie 44%.
Czytaj także: „Korporacje przestały kupować powerpointy”? Nie. Polski ekosystem startupowy zasługuje na więcej niż publicystyczny skrót
Tymczasem po wschodniej stronie Odry rozwój napędzany jest żelazną dyscypliną bilansową. Znakomitym przykładem jest PayPo, które w zestawieniu figuruje bez ani jednego euro tradycyjnego finansowania venture capital, generując 98,4 mln euro przychodu rocznego przy dwuletnim CAGR sięgającym niemal 50% i rentowności operacyjnej. Równie interesującym wyjątkiem jest Satim. Podczas gdy większość dynamicznych organizacji z rankingu powstała na fali boomu w 2021 roku (24 podmioty) lub w latach 2018–2020, polska spółka satelitarna założona w 2012 roku pozostaje najstarszym podmiotem w zestawieniu, notując 58,3% wzrostu i pozyskawszy w całej swojej historii wysoce efektywne 3,8 mln euro kapitału.
Spójrzmy nieco szerzej
Aby rzetelnie ocenić pozycję Polski na tle świata, nie można jednak poprzestać na samym rankingu Sifted, który premiuje dynamikę procentową małych baz przychodowych. Trzeba zestawić te dane z twardymi realiami makroekonomicznymi. Z raportów kwartalnych publikowanych przez PFR Ventures i Inovo VC wyłania się rynek wyraźnie dwubiegunowy. W 2025 roku przez polski rynek VC przepłynęło 3,4 mld zł (ok. 800 mln euro), a w pierwszej połowie 2026 roku wartość inwestycji przekroczyła 4,6 mld zł, bijąc historyczne rekordy. Lwia część tego kapitału to jednak megarundy globalnych czempionów wywodzących się z polskiego rodowodu, takich jak ElevenLabs (1,8 mld zł w Q1 2026 r.) czy produkujący mikrosatelity radarowe ICEYE (1,9 mld zł w Q2 2026 r.), a także runda serii A spółki Viktor (274 mln zł prowadzona przez fundusz Accel).
W ujęciu globalnym dystans wciąż pozostaje ogromny. Podczas gdy roczna wartość polskiego rynku VC plasuje się w granicach niespełna 1 mld euro, gospodarka Wielkiej Brytanii generuje roczne wolumeny inwestycyjne przekraczające 20 mld euro, a Niemcy i Francja stabilnie przyciągają po około 8 mld euro rocznie. Polski rynek zalążkowy (seed) jest w ogromnym stopniu uzależniony od kapitału publicznego i unijnego, płynącego z programów takich jak Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG) za pośrednictwem PFR Ventures. Brakuje rodzimego kapitału na etapy późniejsze (Series B i Growth), co zmusza najdojrzalsze organizacje do szukania funduszy w Londynie czy Dolinie Krzemowej albo opierania się na organicznej rentowności.
Właśnie to strukturalne ograniczenie kapitałowe, które w latach zerowych stóp procentowych wydawało się polskim przekleństwem, w realiach droższego pieniądza stało się paradoksalnie unikalną przewagą komparatywną. Twórcy w regionie CEE nauczyli się budować technologię głęboką, opartą na solidnej inżynierii i wczesnej weryfikacji rynkowej, zamiast przepalać budżety na agresywny marketing. Fakt, że w gronie 100 najszybciej rosnących spółek regionu DACH i CEE znalazło się aż 11 podmiotów z Polski, nie oznacza jeszcze, że Warszawa stała się europejską Doliną Krzemową. Świadczy jednak bezsprzecznie o tym, że faza kompleksów wobec Zachodu bezpowrotnie minęła, a polskie spółki technologiczne wypracowały własny, wyjątkowo odporny na zawirowania makroekonomiczne model wzrostu.