Czuła prompterka Olga Tokarczuk, AI i gra za 16,7 mln zł, czyli trzy lawiny w polskiej kulturze

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Czuła prompterka Olga Tokarczuk, AI i gra za 16,7 mln zł, czyli trzy lawiny w polskiej kulturze

Udostępnij:

Ostatnia wypowiedź Olgi Tokarczuk podczas Impact’26 uruchomiła trzy debaty naraz: o autorstwie, o pieniądzach publicznych i o tym, czy literatura naprawdę potrafi rozmawiać z maszyną, nie tracąc własnego głosu.

Olga Tokarczuk powiedziała na Impact’26, że korzysta z AI przy pracy twórczej. Internet usłyszał przede wszystkim jedno: „kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”. Chwilę później do dyskusji wróciła sprawa Sundog, spółki związanej z noblistką, która dostała publiczne dofinansowanie na technologię do tworzenia nieliniowych gier RPG. W efekcie jedna wypowiedź uruchomiła trzy debaty naraz: o autorstwie, o pieniądzach publicznych i o tym, czy literatura naprawdę potrafi rozmawiać z maszyną, nie tracąc własnego głosu.

Czytaj także: Poradnik przed Infoshare 2026: jak marketingowo wykorzystać udział w konferencji i zamienić 2 dni networkingu w korzyść dla swojej marki?

„Kochana”, czyli zdanie, które poszło w świat

Podczas kongresu Impact’26 w Poznaniu Olga Tokarczuk opowiadała o sztucznej inteligencji jako narzędziu, które — jej zdaniem — może poszerzać horyzonty twórcze. Mówiła, że wykupiła „najwyższą, zaawansowaną wersję jednego modelu językowego” i że bywa „w głębokim szoku”, widząc, jak AI „powiększa horyzonty i pogłębia myślenie kreatywne”. Dodała jednak, że trzeba uważać, bo rozmowy z chatbotem wciągają i mogą prowadzić do utraty pierwotnego celu pracy.

Największy rezonans wywołał fragment, w którym noblistka opisała własny sposób pracy: „Często wprost rzucam maszynie pomysł do analizy z prośbą: »kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?«”. Tokarczuk zaznaczała przy tym, że zna problem halucynacji i błędów rzeczowych modeli, ale w „płynnej literackiej fikcji” widzi w tej technologii ogromny atut.

Tokarczuk tłumaczy: nie napisałam książki z AI

Po fali komentarzy pisarka opublikowała oświadczenie. Najważniejszy jego punkt brzmi jednoznacznie: „Nie napisałam książki, która ukaże się jesienią w Polsce ani z AI, ani z nikim innym. Od kilkudziesięciu lat piszę sama”. Dodała, że korzysta ze sztucznej inteligencji jako z narzędzia pomocniczego — do szybszej dokumentacji, kwerendy i sprawdzania faktów — oraz że informacje pozyskane w ten sposób dodatkowo weryfikuje.

To istotne rozróżnienie, bo dyskusja bardzo szybko przesunęła się z pytania „czy pisarz może używać AI?” na znacznie ostrzejsze: „czy tekst powstały przy wsparciu AI nadal jest w pełni autorski?”. Tokarczuk próbuje ten spór zawęzić: według jej wyjaśnień AI nie jest współautorem, lecz narzędziem pracy — takim jak biblioteka, archiwum, wyszukiwarka, edytor tekstu, choć oczywiście bardziej rozmowne i bardziej ryzykowne.

Od żartu Mroza po zarzut „psychozy AI”

Internet zareagował gwałtownie. I trudno się dziwić, wszak Tokarczuk nie jest przypadkową użytkowniczką narzędzia. Jest noblistką, symbolem literatury wysokiej, autorką kojarzoną z czułością, wielogłosem i nieufnością wobec prostych narracji. Dlatego jej entuzjazm wobec AI zabrzmiał dla wielu jak kulturowy paradoks.

Remigiusz Mróz skomentował sprawę ironicznie: „Damn. A ja dalej jestem na etapie pytania Chata GPT, czy mogę za niego pisać ludziom odpowiedzi”. Gazeta.pl przywołała też krytyczne głosy Miłosza Wiatrowskiego-Bujacza, który oceniał, że Tokarczuk zbyt łatwo przyjmuje sugestywność modeli językowych i nazwał ten stan „psychozą AI”. W dyskusji pojawiły się również kąśliwe określenia w rodzaju „czuła prompterka”.

Są to reakcje przesadzone, ale symptomatyczne. Pokazują nie tyle stosunek do samej Tokarczuk, ile samo napięcie wokół AI w kulturze: twórcy chcą i czują potrzebę używania nowych narzędzi. Z kolei odbiorcy chcą i czują potrzebę wiedzieć, gdzie kończy się krzemowa twórczość, a zaczyna ta białkowa.

Drugi wątek: Sundog, Ibru i publiczne pieniądze

Na tej samej fali wróciła sprawa spółki Sundog. Firma została założona w 2022 roku, a Tokarczuk była jej współzałożycielką, akcjonariuszką i członkinią rady nadzorczej. Sundog pracuje nad grą „Ibru”, inspirowaną twórczością pisarki, szczególnie książką „Anna In w grobowcach świata”.

Czytaj także: Polska noblistka mierzy się ze światem gier RPG: 16,9 mln zł dla startupu Olgi Tokarczuk na stworzenie InteGry

W 2024 roku spółka otrzymała dofinansowanie z PARP w ramach programu Ścieżka SMART. W publicznym obiegu często pojawia się skrót „dotacja na grę Tokarczuk”, ale to uproszczenie. Według informacji Sundog i naszych wcześniejszych publikacji, środki nie są przeznaczone bezpośrednio na produkcję gry, lecz na system InteGra — technologię do tworzenia nieliniowych RPG w Unreal Engine 5, z wykorzystaniem badań z zakresu groznawstwa, psychologii i AI/LLM.

Na stronie Sundog widnieją aktualne parametry projektu: wartość projektu to 23 161 453,22 zł, a wkład z Funduszy Europejskich wynosi 16 686 789,20 zł. Celem jest opracowanie i wdrożenie systemu InteGra, który ma umożliwiać tworzenie psychologicznie spójnych postaci, reagujących na działania gracza w bardziej immersyjny sposób.

Na jakim etapie jest gra Olgi Tokarczuk?

Najświeższe publicznie dostępne informacje są ostrożne: Sundog deklaruje, że rezultatem projektu ma być gotowy do wdrożenia system InteGra, który zostanie wykorzystany przy opracowaniu i wprowadzeniu na rynek pierwszej gry fabularnej spółki — „Ibru”. Projekt obejmuje badania przemysłowe, integrację systemu oraz prace rozwojowe nad wersją beta i weryfikacją InteGry.

Nie ma jednak publicznie potwierdzonej daty premiery gry. To ważne, bo część politycznych i internetowych oskarżeń opiera się właśnie na intuicyjnym pytaniu: „gdzie jest gra?”. Odpowiedź brzmi: publiczne dofinansowanie dotyczy technologii, która ma pomóc w jej stworzeniu, a nie gotowego produktu dostępnego w sklepie. To nie zamyka pytań o tempo, komunikację i transparentność projektu, ale zmienia punkt ciężkości sprawy.

Dotacja + polityka = łatwy skrót myślowy

Kontrowersje wokół Sundog pojawiły się już w 2024 roku. Spółka tłumaczyła wtedy, że konkurs PARP dotyczył innowacyjnych projektów w programie FENG, Ścieżka SMART, a nabór trwał od 10 maja do 15 listopada 2023 roku. Firma podkreślała również, że nie należy mylić środków PARP ze środkami NCBR. Sundog argumentował, że projekt został oceniony według kryteriów konkursowych, a jego celem jest stworzenie systemu InteGra we współpracy z naukowcami i praktykami branżowymi. W oświadczeniu spółka pisała, że pierwszą grą opartą na tej technologii ma być „Ibru”, osadzone w świecie przedstawionym przez Tokarczuk.

Sprawa jednak łatwo stała się polityczna. Prawicowi komentatorzy i politycy przedstawiali ją jako przykład „milionów dla spółki na minusie”. Onet przywoływał m.in. wypowiedź posła Michała Wosia, który nazwał sprawę skandalem i pytał, ile publicznych pieniędzy trafi jeszcze do „swoich”.

Gdzie fakty, a gdzie interpretacja

Fakty są następujące: Tokarczuk publicznie mówiła o korzystaniu z AI; po krytyce doprecyzowała, że nie napisała książki z AI; Sundog dostał dofinansowanie z PARP/FENG; pieniądze dotyczą technologii InteGra, nie samej gry; „Ibru” ma być pierwszym tytułem korzystającym z tej technologii; publicznej daty premiery nadal nie widać.

Interpretacją jest natomiast to, czy entuzjazm Tokarczuk wobec AI jest dowodem odwagi, naiwności, technologicznej ciekawości czy artystycznego ryzyka. Interpretacją jest też ocena, czy publiczne wsparcie dla narzędzia growego opartego na AI i psychologii postaci to inwestycja w innowację, czy projekt zbyt mocno oparty na symbolicznym kapitale nazwiska noblistki.

Maszyna nie zabiła autora, ale zabrała mu alibi

Zaczęliśmy nasz tekst od postawienia tezy, że jedna wypowiedź Tokarczuk wywołała trzy lawiny w tzw. komentariacie i w opinii publicznej. Pierwsza lawina dotyczy transparentność użycia AI. Jeśli autor, studio, agencja albo startup korzysta z modeli językowych w procesie twórczym, odbiorcy będą pytać: gdzie jest granica między inspiracją, asystą, redakcją i współautorstwem?

Druga lawina zahacza o temat komunikacji projektów finansowanych publicznie. W świecie grantów rozróżnienie między „technologią”, „prototypem”, „wersją beta” i „produktem rynkowym” jest oczywiste. Przeciwnie dzieje się w debacie publicznej, zwłaszcza upolitycznionej i toczonej za pomocą błyskawicznych strzałów na X. Jeżeli beneficjent nie opowie tego jasno, ktoś inny opowie to za niego, zwykle brutalniej.

I wreszcie trzecia lawina: kultura przestaje być „analogową wyspą”. Literatura, gry, AI, granty, modele językowe i polityka innowacyjności zaczynają należeć do tego samego układu naczyń połączonych. Tokarczuk znalazła się w centrum tej układanki nie dlatego, że zrobiła coś wyjątkowo egzotycznego. Przeciwnie. Powiedziała głośno to, co wielu twórców robi już po cichu.

Najciekawsze w tej sprawie nie jest to, że noblistka rozmawia z chatbotem. Najciekawsze jest to, jak bardzo chcemy wiedzieć, czy w tej rozmowie nadal słyszymy ją samą. AI nie unieważnia autorstwa automatycznie. Ale odbiera twórcom komfort milczenia o warsztacie. W epoce modeli językowych pytanie „kto napisał?” przestaje być metafizyczne (bo przecież nie pytamy już naiwnie o czyjeś natchnienie czy inspirację), a staje się praktyczne, prawne, etyczne i marketingowe.

Olga Tokarczuk weszła w ten spór z charakterystyczną dla siebie czułością wobec narzędzia. Internet odpowiedział podejrzliwością. A gdzieś między „kochana” a „gdzie jest gra?” zaczyna się nowy rozdział polskiej debaty o technologii: mniej naiwny niż zachwyt, mniej wygodny niż oburzenie.