Oni chcieli podbić FC Barcelona na długo przed Robertem Lewandowskim

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Oni chcieli podbić FC Barcelona na długo przed Robertem Lewandowskim

Udostępnij:

Co prawda, mieli inny pomysł na sukces niż nasz napastnik, ale ambicjami w niczym mu nie ustępowali. W cyklu „Kiedyś to było, nie to, co teraz” prezentujemy Wam Screen4Fans, o którym pisaliśmy 10 lat temu.

Jak polski startup chciał zabawiać Camp Nou

Historia technologii przypomina wielki magazyn pełen wynalazków, które miały zmienić świat. Jedne rzeczywiście go zmieniły. Inne zmieniły co najwyżej prezentację PowerPoint przygotowaną na Demo Day.

Zawsze lubiłem wracać do takich startupowych, polskich historii sprzed lat. Są jak stare numery „Młodego Technika”, w których obiecywano, że w XXI wieku każdy będzie miał latający samochód, robota sprzątającego i wakacje na Księżycu. Samochodu nadal nie ma (ba, wciąż czekamy na polski pojazd elektryczny…), robot od czasu do czasu utknie pod kanapą (albo niosąc siatkę z browarem w puszce potknie się o krawężnik jak nasz Edward), a jak już Polak poleciał w kosmos, to obrzuciliśmy go pierogami.

Sentymentalna podróż po polskiej scenie startupowej sprzed dekady przypomina zresztą spacer po galerii pięknych, ambitnych i często bardzo inteligentnych pomysłów, które miały pecha pojawić się kilka lat za wcześnie albo kilka lat za późno. W tamtym czasie polski ekosystem innowacji napędzał specyficzny rodzaj romantyzmu. Wystarczyło zestawić rodzimą technologię z nazwą globalnej marki, by rozpalić wyobraźnię mediów i inwestorów. „Polacy podbijają Dolinę Krzemową”, „Polacy współpracują z NASA”, „Polacy rozmawiają z Google” czy wreszcie „Polacy jadą do Barcelony”.

To były nagłówki, które działały na wyobraźnię. Wtedy działały na wyobraźnię.

Jednym z najbardziej urokliwych przykładów tej epoki był Screen4Fans.

Otóż… w czerwcu 2016 roku media napisaliśmy, że trzech przedsiębiorców z okolic Pszczyny pracuje nad rozwiązaniem, które może trafić na stadion samej FC Barcelony. Brzmiało to jak gotowy scenariusz filmu o startupach. Lokalny zespół. Odważny pomysł. Największy klub świata. Rodzimi founderzy ramię w ramię z futbolową potęgą.

Za projektem stali Marcin Matysik oraz bracia Marcin i Piotr Krawczykowie. Ich idea była zaskakująco prosta, a jednocześnie bardzo dobrze wpisywała się w ducha swoich czasów. Jak mówili, wyszli z prostego założenia: skoro kilkadziesiąt tysięcy ludzi siedzi na stadionie i podczas przerwy patrzy na telebim, dlaczego nie zamienić biernych widzów we współtwórców widowiska?

Screen4Fans nie było klasyczną aplikacją wymagającą instalacji. Wystarczyło wejść na stronę internetową. Kibice mogli odpowiadać na quizy, wybierać zawodnika meczu, uczestniczyć w konkursach, a wyniki natychmiast pojawiały się na stadionowym ekranie. Sponsorzy dostawali dodatkową przestrzeń reklamową, organizatorzy bardziej zaangażowaną publiczność, a kibice — coś więcej niż patrzenie na reklamy albo, co pamiętają starsi czytelnicy, zachęty do wysyłania płatnych SMS-ów premium.

Jak Wam się podoba?

Optymizm na każdym kroku

Dziesięć lat temu świat technologii był znacznie bardziej… niewinny. A może i naiwny? Wierzył, że aplikacja mobilna potrafi rozwiązać niemal każdy problem. Powstawały startupy do parkowania samochodu, zamawiania obiadu, oceniania restauracji, wyszukiwania znajomych, robienia zakupów, filtrowania zdjęć i organizowania wydarzeń. Jeżeli jakiś element codzienności dało się zamknąć w ikonę na ekranie smartfona, prędzej czy później pojawiał się ktoś przekonany, że właśnie odkrył przyszłość. Screen4Fans idealnie wpisywało się w tę filozofię.

Trzeba jednak uczciwie zauważyć, iż największym magnesem był magnes medialny. A dokładniej, magnes medialny w postaci FC Barcelona. Twórcy rzeczywiście prowadzili rozmowy z katalońskim klubem. Problem polegał na tym, że Camp Nou było wówczas… zbyt stare na taki pomysł. Brakowało wydajnej infrastruktury Wi-Fi, a stadionowe telebimy pamiętały poprzednią epokę cyfrowej rozrywki. Paradoks był niemal literacki — jeden z najbardziej legendarnych stadionów świata przegrał z własną infrastrukturą.

Twórcy nie złożyli jednak broni.

W 2017 roku startup wygrał portugalski akcelerator KickUp Sports, zdobywając finansowanie w wysokości 110 tysięcy euro oraz możliwość testów na Estádio da Luz, stadionie Benfiki Lizbona.

– Będziemy mieli szansę testować nasze rozwiązania przez 12 tygodni na stadionie Benfici oraz w jej kanale sportowym BenficaTV. Do tego będziemy mieli pełne wsparcie i dostęp do mentorów, partnerów programu oraz inwestorów z branży sportowej – cieszył się wówczas Marcin Matysik.

Rozwiązanie pojawiło się również podczas wydarzeń organizowanych na Torze Służewiec czy meczów siatkarskich w katowickim Spodku. Przez moment wydawało się, że historia naprawdę może skończyć się happy endem.

Nie skończyła się.

Nie dlatego, że Screen4Fans było złym pomysłem. Wszak, obiektywnie rzecz biorąc, był to pomysł trafnie opisujący zmianę zachowań odbiorców. Już wtedy jego twórcy rozumieli coś, co dzisiaj jest oczywistością: współczesny widz nie chce być wyłącznie odbiorcą. Chce w takim wydarzeniu uczestniczyć jak najpełniej. Problem polegał na tym, że startup próbował zbudować firmę wokół czegoś, co bardzo szybko przestało być samodzielnym produktem. Ponieważ stało się funkcją.

Od wizji do buttonu

Przez lata powstawały startupy oferujące filtry fotograficzne, transmisje wideo, ankiety, płatności, czaty, mapy, programy lojalnościowe czy systemy głosowania. Dzisiaj większość tych rozwiązań istnieje nadal. Tyle że nie jako firmy. Jako pojedyncze przyciski ukryte gdzieś w aplikacjach Apple’a, Google’a, Microsoftu albo oficjalnych aplikacjach klubów sportowych. Dlatego uważam, że rynek nie zniszczył pomysłu Screen4Fans. Rynek ten pomysł wchłonął.

Drugim problemem okazał się czas. W połowie poprzedniej dekady stadiony zdolne obsłużyć jednoczesne połączenie kilkudziesięciu tysięcy smartfonów były rzadkością. Kiedy infrastruktura wreszcie dojrzała, zmienili się sami kibice, którzy w przerwie meczu nie potrzebują już telebimu mówiącego im, co mają robić. Kto w ogóle spogląda jeszcze na telebim, mając wolną chwilę? Automatycznie nasz wzrok i uwaga wędruje w kierunku smartfona. Każdy ma własny stadion w telefonie. Ktoś sprawdza zaawansowane statystyki. Ktoś inny publikuje relację na Instagramie. Trzeci obstawia wynik kolejnej akcji. Czwarty dyskutuje na Discordzie albo ogląda powtórki w mediach społecznościowych. Wspólna, zsynchronizowana zabawa ustąpiła miejsca tysiącom indywidualnych doświadczeń.

Kolejną kwestią – już o wiele bardziej złożoną i trudniejszą do uchwycenia – jest kwestia tego, jak sama technologia chce być postrzegana. A dokładniej, jak nie chce być postrzegana. Popatrzmy: najlepsze rozwiązania cyfrowe praktycznie znikają z pola widzenia użytkownika. Algorytmy analizują emocje kibiców, personalizują reklamy, tłumaczą komentarz na dowolny język, przewidują zachowania odbiorców, pomagają realizatorom transmisji, zarządzają ruchem na stadionie i optymalizują sprzedaż gastronomii. Nikt już nie zachwyca się samą technologią. Zachwyca się tym, że działa.

Losy samego Screen4Fans potoczyły się ścieżką dobrze znaną tysiącom startupów rozwijanych po godzinach. Po okresie medialnego zainteresowania, udanych testów, sukcesu w portugalskim akceleratorze i kolejnych prób komercjalizacji projekt stopniowo zniknął z rynku. Nie doczekał się spektakularnej ekspansji ani globalnego wdrożenia.

Paradoks polega jednak na tym, że kierunek jego twórców był właściwy. Dzisiaj FC Barcelona rzeczywiście inwestuje w nowe technologie. Tyle że nie w aplikacje organizujące quizy podczas przerwy meczu. Klub rozwija rozwiązania związane ze sztuczną inteligencją, analizą danych, cyfrowym merchandisingiem, personalizacją doświadczeń kibiców i nowymi modelami monetyzacji transmisji. Rynek nie przestał wierzyć w technologię stadionową. Po prostu przesunął środek ciężkości. Nikt już nie walczy o piętnaście minut przerwy, gdyż wszyscy walczą o sekundę naszej uwagi.

I chyba właśnie dlatego historia Screen4Fans może budzić dziś sympatię, a nawet i nostalgię. Jest przypomnieniem czasów, kiedy startupy wierzyły, że świat można zmienić prostą stroną internetową, odrobiną odwagi i dobrze przygotowaną prezentacją dla inwestora. Kiedy wydawało się, że wystarczy ciekawy pomysł i telefon w kieszeni kibica, by zapukać do drzwi największego klubu piłkarskiego świata.

Barcelona ostatecznie nie zatańczyła tak, jak zagrali jej Polacy. Na to trzeba było poczekać, aż w stolicy Katalonii zjawi się Robert Lewandowski (i jego żona Anna, która bardzo lubiła tańczyć z hiszpańskimi instruktorami – ale to już zupełnie inna historia).

Ale tamta odwaga — mieszanka śląskiej odwagi, startupowej buty, nadwiślańskiego romantyzmu — pozostaje jedną z najpiękniejszych cech polskiej sceny technologicznej tamtych lat. Bo choć wiele z tych pomysłów nie przetrwało próby czasu, to właśnie dzięki nim polski ekosystem nauczył się, że innowacja to nie tylko dobry produkt. To przede wszystkim umiejętność trafienia we właściwy moment historii.