Pamiętajmy, że książka papierowa może być odsprzedana, a e-book już nie – Mikołaj Małaczyński (Legimi)

Dodane: 28.02.2022

Kasia Krogulec

Udostępnij:

– Odżegnujemy się od łatki, że Legimi to typowy streaming. Książki elektroniczne mają jeszcze długą drogę do przejścia. Przede wszystkim dobrze by było, by trafiły pod strzechy i zaczęły być postrzegane jako łatwo dostępne rozwiązanie – mówi Mikołaj Małaczyński, współtwórca Legimi.

Jak powstało Legimi?

Mikołaj Małaczyński: To zamierzchłe czasy. W 2009 r. byliśmy grupą studentów pasjonujących się technologią i spotkaliśmy inwestora, fundusz Speed Up Group, który był zainteresowany ewentualną współpracą. Chcieliśmy zrobić projekt, który miał dotyczyć agregacji wiadomości prasowych w formie prezentacji na elektronicznym papierze. Zaczęliśmy wówczas również współpracę z wydawnictwem prawniczym, które poszukiwało rozwiązań na tablety dla swojego produktu, jakim była baza treści kodeksów prawniczych. Zrobiliśmy skok w stronę prostszego produktu.

Przy tym skorzystaliśmy bardziej, bo okazało się, że wydawnictwa znają się słabo na nowych technologiach i mogliśmy być dla nich dobrymi partnerami robiąc wdrożenia księgarń internetowych dla różnych podmiotów, łącznie z Allegro, dla którego zrealizowaliśmy wtedy platformę „ebookiAllegro.pl”. W międzyczasie zaczęliśmy specjalizować się w technologii zabezpieczającej przed nielegalnym kopiowaniem za pomocą znaku wodnego. Te rozwiązania zaczęły się sprzedawać za granicą. Działaliśmy w obszarze B2B, ale chcieliśmy skierować ofertę do klienta detalicznego i w ten sposób powstało Legimi. Tak wyglądało naszych pierwszych 5 lat.

W 2020 r. sprzedaliście ponad milion książek. Dlaczego więc mówi się o niskiej czytelności wśród Polaków?

To jest dobre pytanie. Wciąż mamy dużą konkurencję ze strony innych mediów. Pandemia zatrzymała nas w domu i korzystaliśmy z różnych form rozrywki, ale jednak to te, multimedialne aktywności dużo łatwiej absorbują naszą uwagę niż mniej interaktywna forma, jaką jest książka. Milion sprzedanych tytułów to na pewno fantastyczna wiadomość przede wszystkim dla twórców, ponieważ rozliczamy się z nimi w cenach okładkowych. Odżegnujemy się od łatki, że Legimi to typowy streaming. Niemniej jest to niewielka wartość w skali rynku. Książki elektroniczne mają jeszcze długą drogę do przejścia. Przede wszystkim dobrze by było, by trafiły pod strzechy i zaczęły być postrzegane jako łatwo dostępne rozwiązanie.

Za 2019 r. Nielsen podaje, że zostało sprzedanych 100 mln książek. Książki elektroniczne, to mały procent rynku, bo ok. 5-7%. W kategoriach takich jak fantastyka czy kryminał notujemy już dwucyfrowe udziały w sprzedaży.

Zanurzamy się na dobre w kulturze obrazkowej, czy czytanie ma szansę wrócić do mody?

Nie uważam, że trzeba przeciwstawiać czytania kulturze obrazkowej. Jeśli chodzi o czytelnictwo, nas interesuje storytelling, czyli opowiadanie historii poprzez czytanie lub słuchanie audiobooka. Mamy taki mix, który nazywamy synchrobook, czyli połączenie audiobooka i e-booka, można przełączać się pomiędzy jednym formatem a drugim. Zapotrzebowanie na storytelling jest niezmienne od czasów Homera. Więc czy nośnikiem narracji jest tekst, czy forma odsłuchania, czy wersja video, to koniec końców to ta sama historia. Wersja video jest bardziej angażująca, bo pobudza wzrok i słuch. Ale jeśli chodzi o wybór treści, w Legimi klienci najczęściej wybierają wersję tekstową, a w drugiej kolejności do słuchania. Mamy 80 000 pozycji i cały czas przybywa nowych.

Czy Legimi jest poza granicami Polski?

Tak, jesteśmy obecni w Niemczech. Nasza działalność opiera się na dwóch obszarach: Legimi w wersji niemieckiej, oraz aplikacja Readfy, system, który kupiliśmy poprzez akwizycję. Jest to podobna aplikacja, ale działająca w modelu freemium z reklamami.

Jest to rynek bardziej złożony, głównie za sprawą obecności Amazonu. Jest więcej graczy z międzynarodowego środowiska, ale jednocześnie to rynek dużo bardziej chłonny, a ludzie mają bardziej zasobne portfele, dlatego średnia cena książki jest trzykrotnie wyższa niż w Polsce. Wskaźnik czytelnictwa zaś sięga 80%.

Czym są innowacje dysruptywne?

To przełomowe innowacje, zaburzające dotychczasowy porządek funkcjonowania jakiegoś obszaru. Kiedy zaczynaliśmy, model a la carte (na sztuki) był popularny i wywodził się głównie z ograniczeń, jakie posiada książka drukowana. Konsumenci, którzy kierowali się ceną, mogą dziś skupić się na treści. Te innowacje są wprowadzane de facto przez konsumentów. Legimi funkcjonuje w modelu customer development. To klienci poprzez swoje zachowania, które obserwujemy, kształtują nasze produkty. I na tym po krótce polega innowacja dysruptywna.

Nad czym pracujecie obecnie?

Pracujemy nad systemem rekomendacji opartym o sztuczną inteligencję wraz ze wsparciem NCBiR. Projekt polega na przeanalizowaniu kopalni danych, jakie już zgromadziliśmy przez wiele lat działalności i zaaplikowaniu ich do jeszcze lepszych rekomendacji dla czytelnika. Książek dla czytelnika jest nadmiar i nie sposób przeczytać wszystkich recenzji i poleceń, dlatego system rekomendacji będzie tym, co pozwoli, by czytelnik został z nami jeszcze dłużej. W praktyce będzie to wyglądać tak, że wraz z każdą przeczytaną książką, system będzie coraz trafniej podpowiadał książki, które zainteresują czytelnika, ale również będzie mógł zaproponować inne kategorie, dotychczas nieodwiedzane.

Czy rynek czytelniczy w Polsce jest trudny, kiedy porównamy go do niemieckiego?

Trudny byłby wtedy, kiedy byłby nieuporządkowany. Szybko pojawiają się w naszym kraju książki nagradzane. Rynek jest dynamiczny, nowoczesny i płodny oraz otwarty na innowacje. Rynek niemiecki jest również dobrze uporządkowany i myślę, że oba te rynki wypadają dość dobrze na tle innych.

Książka, e-book, czy audiobook? W jaki sposób najczęściej spotyka się Pan z lekturą?

Czytam każdy format. Jeśli chodzi o treść, jestem wierny literaturze faktu. Mam również sporo książek w wersji drukowanej, ponieważ nie doczekały się wersji elektronicznej.

O czym powinniśmy pamiętać kupując e-booki?

Książka papierowa może być sprzedana na rynku wtórnym, a e-book już nie. To jest przedziwny wyjątek w prawie autorskim, ponieważ dla książki drukowanej zachodzi pojęcie wyczerpania praw autorskich, czyli ten, który nabył książkę, może zarządzać nią jak właściciel, a w przypadku książki elektronicznej cały czas mamy do czynienia z dzierżawą. Przy tym prawie strona wynajmująca ma głos decydujący, czy zgadza się na dalsze rozpowszechnienie i na jakich polach eksploatacji. To są bardzo zawiłe sprawy i niewielu je rozumie.

 

 

icon-112px-padlock Created with Sketch.

Dołącz do naszego newslettera lub podaj swój adres, jeśli już jesteś naszym subskrybentem