Polski agent AI mieszkał na strychu (dokąd przeniósł się z piwnicy)

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Polski agent AI mieszkał na strychu (dokąd przeniósł się z piwnicy)

Udostępnij:

W kolejnym odcinku naszego cyklu prezentujemy Wam historię Xerch, czyli polskiego prapraprzodka dzisiejszego agenta AI.

Dzisiaj wszyscy chcemy mieć własnego agenta AI, nieprawdaż? Jedni z nas marzą o cyfrowym asystencie, który sam zamówi bilety lotnicze, inni o algorytmie, który przejrzy za nich internet, porówna ceny i podejmie najlepszą decyzję zakupową. Co tydzień pojawia się nowa prezentacja pełna strzałek, schematów i angielskich słów: „agentic workflows”, „AI shopping companion”, „autonomous commerce”. Można odnieść wrażenie, że świat właśnie odkrył ideę delegowania codziennych obowiązków maszynom.

Czytaj także:  Xerch.pl – prosty sposób na zakupy online

Tymczasem piętnaście lat temu, w czasach gdy Donald Tusk dopiero szykował się do drugiej kadencji w roli premiera, Spotify w Polsce było egzotyczną ciekawostką, a smartfony wciąż częściej miały fizyczną klawiaturę niż ekran bez ramek, grupa młodych ludzi zbudowała coś, co dziś moglibyśmy z czystym sumieniem nazwać praprzodkiem agentów AI.

Nazywało się Xerch. I powstało w Polsce, kraju, gdzie nazwy zaczynające się na X pączkują częściej niż norma przewiduje.

Legenda, jakich wiele

Historia zaczyna się zresztą dokładnie tak, jak powinny zaczynać się wszystkie startupowe legendy. Nie w Dolinie Krzemowej ani w przeszklonym biurze coworkingowym, lecz – jak wspominali sami twórcy – w piwnicy o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych. To tam przez wiele miesięcy powstawał pomysł na „automat zakupowy”, który miał raz na zawsze uwolnić Polaków od mozolnego przeszukiwania aukcji i sklepów internetowych. Później zespół przeniósł się na strych, a projekt pojawił się w sieci.

Brzmi znajomo? Oczywiście. Dziś każda prezentacja dla inwestorów zaczyna się od magicznego zdania: „chcemy odzyskać czas użytkownika”. W 2011 roku Xerch mówił dokładnie to samo.

Platforma przeszukiwała Allegro, eBay, sklepy internetowe i porównywarki cen, zbierając wyniki w jednym miejscu. Jej twórcy obiecywali coś więcej niż zwykłą wyszukiwarkę. Najważniejszą funkcją była „Zakładka” – mechanizm, który pozwalał użytkownikowi raz zdefiniować poszukiwany przedmiot, a następnie zostawić całą resztę maszynie. Jeśli wymarzony aparat fotograficzny, kolekcjonerska płyta albo używany rower pojawiały się w odpowiedniej cenie, system wysyłał powiadomienie.

Dziś powiedzielibyśmy, że Xerch wykonywał „asynchroniczne zadania w imieniu użytkownika”. Wówczas mówiono po prostu: „robot będzie szukał za ciebie”.

Czytaj także: Xerch.pl – automat zakupowy, który podbije świat?

Obietnice, jakich wiele

Był jeszcze Xniper (ach, to X…), czyli darmowy „snajper aukcyjny”, który automatycznie licytował przedmiot w ostatnich sekundach aukcji. Twórcy z właściwą dla początkujących przedsiębiorców mieszanką odwagi i młodzieńczej bezczelności zapowiadali nawet, że ich rozwiązanie „zdegraduje wszystkie inne dostępne produkty”.

Z dzisiejszej perspektywy trudno nie uśmiechnąć się na widok tamtego entuzjazmu. Rok 2011 był przecież epoką szczególnego technologicznego romantyzmu. Wierzono jeszcze, że wystarczy dobry pomysł, kilku zdolnych programistów i trochę kawy, by rzucić wyzwanie globalnym gigantom. Polska scena startupowa przypominała garażowy rock: była pełna amatorów, ale właśnie dlatego tak fascynująca. Nie było jeszcze wyspecjalizowanych funduszy, akceleratorów, podcastów dla founderów ani ekspertów od „skalowania procesów”. Były za to strychy, piwnice i przeświadczenie, że internet wciąż czeka na swoich odkrywców.

Xerch miał ambicje większe niż zwykłe zakupy. Zespół planował ekspansję na nieruchomości, motoryzację, a nawet loty. Model biznesowy był jednak boleśnie prosty: reklamy i drobne opłaty za niektóre funkcje. Sami twórcy przyznawali zresztą, że abonament za złotówkę miesięcznie nie utrzyma szybko rozwijającego się serwisu.

I tutaj zaczyna się mniej romantyczna część opowieści.

Upadek, jakich wiele

Xerch przetrwał zaledwie trzy miesiące. Jak po latach wspominał współtwórca projektu Rafał Grabowski, pieniądze stopniały szybciej, niż zakładano. Koszty programistów i grafików okazały się zbyt wysokie, a znalezienie inwestora w Polsce początku poprzedniej dekady graniczyło z cudem. Fundusze oczekiwały wyników, prognoz i bezpieczeństwa, podczas gdy startup dysponował jedynie pomysłem i wiarą w przyszłość. Nie była to zresztą wyłącznie kwestia pieniędzy. Można postawić tezę, że Xerch pojawił się kilka lat za wcześnie.

Czytaj także: Sprawdziłem, dlaczego sto polskich startupów upadło. Cz. 1

Jego największą zaletą – automatyczne przeszukiwanie wielu serwisów – była jednocześnie jego przekleństwem. Internet roku 2011 był chaotycznym archipelagiem osobnych wysp. Sklepy nie oferowały otwartych interfejsów, integracje były kosztowne, a każda zmiana wyglądu strony mogła unieruchomić fragment systemu. Dziś agent AI może korzystać z API, modeli językowych i infrastruktury chmurowej. Xerch musiał radzić sobie w świecie ręcznie zszywanych połączeń. Zmieniły się również same zakupy. W ciągu kilkunastu lat internet przeszedł od modelu „szukam okazji” do modelu „kupuję tam, gdzie jest najwygodniej”. W 2011 roku użytkownik przemierzał sieć niczym łowca skarbów. W 2026 roku częściej pozostaje w obrębie jednej platformy, która oferuje dostawę następnego dnia, płatność jednym kliknięciem i rekomendacje generowane przez algorytmy. Xerch próbował rozwiązać problem, który z czasem po prostu zmienił swój kształt.

A jednak warto spojrzeć na ten projekt z pewną dozą sympatii. Bo pod warstwą nieco naiwnego marketingu kryła się intuicja, która koniec końców okazała się zaskakująco trafna. Twórcy Xercha zrozumieli coś, co dzisiejsza branża AI ubiera w modne słownictwo: ludzie nie chcą spędzać życia na przeszukiwaniu internetu. Chcą powiedzieć maszynie, czego potrzebują, a następnie wrócić do własnych spraw. I to właśnie dlatego historia Xercha trafiła do naszego cyklu. Nie dlatego, że startup był spektakularnym sukcesem – bo nie był. Nie dlatego, że zmienił świat – bo świat nawet go nie zauważył. Jest interesujący dlatego, że przypomina starą fotografię współczesności.

Kiedy słyszymy dziś, że sztuczna inteligencja „zrewolucjonizuje zakupy”, warto pamiętać, że polski startup próbował zrobić coś podobnego już wtedy, gdy większość z nas ekscytowała się darmowymi minutami w abonamencie i premierą iPhone’a 4.