Świat nowych technologii ma zdumiewającą właściwość: tworzy własne mikroepoki z z trudną do śledzenia dynamiką. Szybkie przewroty, wielkie manifesty, bezgraniczny entuzjazm i pożegnania bez zbędnych łez. Gdy w połowie mijającej dekady czytaliśmy nagłówki prasowe poświęcone fintechom, można było ulec złudzeniu, że klasyczna bankowość stoi nad przepaścią. Tradycyjny przelew bankowy – z jego topornym numerem IBAN, ciągiem dwudziestu czterech cyfr wymagających skupienia godnego kopisty z Scriptorium – wydawał się cyfrowym skansenem.
W tym krajobrazie nadeszła fala odnowy. Nadszedł fintech Cringle.
Czytaj także: Polsko-niemiecki startup rusza z kampanią. Chce stać się najlepszą aplikacją do wykonywania szybkich przelewów
Anatomia zachwytu
Pomysł – obiektywnie rzecz biorąc – był genialny w swojej intuicyjności. Zamiast wpisywać nazwiska, adresy, kody SWIFT czy wspomniane tasiemce numeryczne, wystarczyło wybrać kontakt z książki telefonicznej w smartfonie. Aplikacja spinała rachunek bankowy użytkownika z jego numerem komórkowym. Trudno się dziwić, że i niemiecki, i polski ekosystem wpadły w zachwyt.
Media – w tym także i nasza redakcja, a jakże – entuzjastycznie relacjonowały kolejne sukcesy Cringle: od stypendiów dla ambitnych absolwentów uczelni, przez miliony euro przepływające między użytkownikami, aż po prestiżowy zastrzyk kapitałowy od koncernu Axel Springer i udane zbiórki crowdfundingu udziałowego na platformie Companisto. Wisienką na torcie było partnerstwo z Deutsche Kreditbank (DKB). Wydawało się, że obserwujemy podręcznikowy przykład unbundlingu – sytuacji, w której zwinna fintechowa szalupa wyprzedza ociężały bankowy transatlantyk, zabierając ze sobą najbardziej atrakcyjną usługę.
W narracji tamtych lat pobrzmiewała wiara w nieuchronny triumf architektury rozproszonej nad skostniałymi instytucjami. Wyobraźnię inwestorów raspalała wizja pokolenia milenialsów dzielących się rachunkiem za pizzę w kawiarni przy Rosenthaler Platz bez użycia ani jednej monety i bez konieczności pytania o konto.
Paradoks pośrednika
Dlaczego więc rozwiązanie, które miało zoptymalizować społeczny obieg pieniądza, tak szybko zestarzało się i zniknęło z rynku? Odpowiedź leży na styku psychologii, socjologii i twardej ekonomii sieciowej.
Cringle cierpiało na klasyczny problem, który w teorii gier określa się mianem braku masy krytycznej w układzie dwustronnym. Aby aplikacja miała sens, musieli z niej korzystać zarówno nadawca, jak i odbiorca. Pojawił się jednak znacznie ważniejszy czynnik: fundamentalna architektura zaufania. Psychologia finansowa wykazuje, że konsument, choć chętnie narzeka na tradycyjne banki, w kwestii przechowywania własnych oszczędności wykazuje głęboko zakorzeniony konserwatyzm. Aplikacja zewnętrzna, będąca nakładką na rachunek bankowy, zawsze rodzi w podświadomości użytkownika pytania o bezpieczeństwo danych, prywatność i trwałość podmiotu.
Co więcej, Cringle opierało swój model biznesowy na partnerstwach z bankami i licencjonowaniu im technologii P2P. W ten sposób polsko-niemiecki startup wszedł w śmiertelną pułapkę. Budował rozwiązanie, które dla dużych graczy finansowych było zaledwie funkcją (feature’em), a nie osobnym, samowystarczalnym produktem.
Gdy wszedł w życie europejski standard PSD2, otwierający bankowość, a na rynku dojrzały systemy infrastruktury krajowej i platformowej – takie jak chociażby polski BLIK czy zintegrowane natywnie rozwiązania w aplikacjach własnych banków – potrzeba korzystania z osobnej aplikacji do przelewów na numer telefonu po prostu wyparowała. Banki zrozumiały, że nie muszą kupować zewnętrznej licencji od startupu, gdy mogą zaimplementować identyczny standard wewnątrz własnego, zaufanego środowiska mobilnego.
Czytaj także: Od zawsze wierzę w swój biznes i nie wątpię, że osiągniemy sukces – Konrad Maruszewski (Cringle)
Dokąd odchodzą pomysły?
Dalsze losy Cringle są nadzwyczaj pouczające dla każdego badacza ewolucji branży fintech. Po wyczerpaniu rund finansowania i niemożności wyskalowania usługi na cały obszar SEPA na poziomie zapewniającym rentowność, spółka w 2018 roku – około 12 miesięcy po swoim starcie – weszła w stan likwidacji.
Nie była to jednak widowiskowa katastrofa, lecz ciche wchłonięcie przez technologiczną grawitację rynku. Zespół inżynierów i programistów Cringle został przejęty i zintegrowany z jednostką DKB Code Factory. Bankowy kapitalista nie zignorował innowacji – po prostu wchłonął tkankę, która go wyzwała na pojedynek, i uczynił z niej własny organ.
Patrząc na sprawę z dzisiejszej perspektywy, przypadek Cringle jest klasycznym przykładem innowacji, która pojawiła się w trajektorii dziejowej o krok za wcześnie dla jednych układów, a o krok za późno dla własnej niezależności. Była pionierskim mostem – a losem większości pionierskich mostów jest to, że zostają zatarte przez autostrady, które po nich przebiegają.
Dzisiejsze przelewy na numer telefonu są dla nas przezroczystą codziennością. Przelewamy pieniądze znajomym w ułamku sekundy, nie zastanawiając się, jaka technologia stoi za tą operacją. I być może w tym tkwi największy dramat Cringle: pomysł wygrał, ale niosąca go marka upadła pod ciężarem wyzwań.