Opowieści grozy: czym mogą wystraszyć nas founderzy oraz inwestorzy?

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Opowieści grozy: czym mogą wystraszyć nas founderzy oraz inwestorzy?

Udostępnij:

„Aż strach się bać, gdyby…” – przedstawiamy mrożące krew w żyłach scenariusze rodem z naszego nadwiślańskiego ekosystemu. Zastanawiamy się, jakie sytuacje z udziałem startupów, funduszy czy innych instytucji mogłyby wywołać dreszcz na plecach i przyspieszyć bicie serca do wartości niebezpiecznych dla życia.

Gotowi? Zapraszamy na krótki seans grozy, który zaprojektowaliśmy w redakcji MamStartup. Punkt wyjścia był nieskomplikowany: najpierw urządzamy sobie maraton horrorów, a potem, nasyceni takimi obrazami, urządzamy sobie sabat, wróć – kolegium, na którym zastanawiamy się, jakie wydarzenia z naszego ekosystemu mogłyby stać się kanwą do nakręcenia filmu gore.

Albo przynajmniej – pełnokrwistego thrillera.

Aż strach się bać, gdyby… PFR Ventures przestał pompować pieniądze w fundusze VC

Nie wiadomo, komu w takiej sytuacji bardziej zbledłyby twarze: czy inwestorom, czy founderom, gdyby kurek z milionami złotych polskich został nagle i nieodwracalnie zakręcony. Bez względu na stopień odpływu krwi z głowy, efekt byłby ten sam. I byłby porównywalny do odłączenia życiodajnej kroplówki od pacjenta, ostatkiem sił balansującego na cienkiej linie nad przepaścią.

Efekt śmiertelny.

O życiodajnej roli środków zapewnianych przez PFR Ventures zapewnia regularnie sam… PFR Ventures, chociażby publikując swoje raporty. I to w tych raportach pokazuje, jak hojnie wspiera rodzime fundusze. Czy to źle, że mamy taki system w Polsce? To temat na zupełnie inny artykuł, pisany choćby z okazji dyskusji o krajowej dziurze budżetowej czy o polskich unicornach. My tu zajmujemy się kwestiami zupełnie innymi – fantastycznymi wręcz.

Gdyby doszło do takiego scenariusza, bez dwóch zdań moglibyśmy mówić o zapaści. I dzisiejsza sielanka, o której co kwartał czytamy we wspomnianych dokumentach PFR Ventures, zmieniłaby się w apokaliptyczną historię, w której główną rolę odgrywałaby fundusze-zombie.

Aż strach się, gdyby… Jarosław Sroka zawiesił eventowe korki na kołku

Mówi się, że w życiu każdego człowieka pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Ale w życiu foundera jest jeszcze jedna trzecia stała: to, że każdy event musi być poprowadzony przez Jarosława Srokę. Albo chociaż zawierać panel dyskusyjny, w którym moderatorem jest Jarosław Sroka. Albo chociaż solo wystąpienie Jarosława Sroki.

Słowem, bez Sroki Jarosława startupowy event obejść się nie może. Jeśli wydarzenia takiego Jarosław Sroka nie zaszczyci swoją obecnością, to taki event obok eventu startupowego nawet nie stał.

Koniec kropka.

Obecność pana Sroki stała się już w ekosystemie tak powszechna, że tak właściwie nikt już nie zwraca na nią uwagi. A może większość ludzi z pewnych przyczyn woli po prostu tego nie komentować. Jak powiedział mi ostatnio jeden z organizatorów dużego eventu (tak, tak, z udziałem pana Sroki, rzecz jasna): „każdy chce mieć u siebie kogoś z Incredibles”).

Wszystko może się jednak znudzić: nie to, że nam nudzi się barwny język pana Jarosława Sroki. Przeciwnie. Większą obawę budzi fakt, że to on się znudzi prowadzeniem po raz jedenasty Carpathiany tudzież dziewiętnastej odsłony jakiegoś meetupu w stołecznej Rotundzie. I powie sobie: „dość”.

Co by się wtedy stało?

Opustoszałyby hale, z kalendarza zaczęłyby znikać kolejne eventy – aż wreszcie doszłoby do sytuacji, w której zamarł wszelki networking, a founderzy i inwestorzy siedzą w domach, jak – nie przymierzając – za czasów jakiejś zarazy pełzającej po miastach.

Aż strach się bać, gdyby… okazało się, że Dawid Pałka ma rację

Jeśli mielibyśmy wskazać na jeden element najmocniej odróżniający nas od pozostałych ekosystemów… wiecie, taki element, co to pochwalić się nim nie może nikt inny, to bez wahania wskazalibyśmy na krakowskiego inwestora, przedsiębiorcę, vlogera i eksperta z telewizji śniadaniowej i kolegi Filipa Chajzera, czyli Dawida Pałkę.

Przyznajcie, gdzie jeszcze spotkamy kogoś, kto peregrynuje po grodzie Kraka z reklamówką wypchaną milionami? Kto ot tak, od niechcenia, pstrykając palcem, zapowiada milionowy biznes do wykręcenia w 12 miesięcy? Kto w telewizji śniadaniowej we wtorkowy poranek udziela domowym gospodyniom biznesowych porad? Kto odpala n-tą odsłonę swojego komentariatu/vloga/poradnika, za każdym razem odnosząc sukces?

I wreszcie, kto ma na swoim koncie taką passę udanych biznesów jak właśnie Dawid Pałka?

Ale dodajmy też dla dziennikarskiej rzetelności, że często-gęsto wygłaszane opinie Dawidowe – natknąć się na nie możemy na LinkedIn, na X, na Facebooku, na YouTube – nie zawsze spotykają się ze zrozumieniem. Niektórzy nawet twierdzą, że nie są to opinie czy fakty, co raczej mniej lub bardziej sprytne clickbaity, mające przekładać się na zdobywaniu internetowych zasięgów i budowanie przez Dawida pozycji nie tyle inwestora, co raczej – influencera. Biznesowego, ale jednak – influencera. Mieliśmy już przecież śmiałków, którzy zaglądając do KRSów tudzież innych rejestrów, weryfikowali tożsamość dawidowego imperium.

My jednak nie piszemy tutaj ekonomicznego thrillera, nie chcemy bawić się w detektywów ani śledczych. Zastanawiamy się, co stałoby się, gdyby owo Dawid Pałka rzeczywiście był przedsiębiorcą z reklamówkami wypchanymi banknotami. Gdyby jego historie o współpracy ze startupami, które interesowały ot choćby Michaela Jordana, naprawdę miały przynosić krociowe zyski. Gdyby porady, tak szczodrze rzucane w wirtualnych przestrzeniach, faktycznie miały przełożenie na to, jak robić dochodowy biznes. W takiej sytuacji na wielu dłoniach licznych niedowiarków wyrosłyby kaktusy, a co poniektórym brakłoby popiołu do posypania głowy w pokutnym geście. Być może kilku sceptyków podjęłoby decyzję o rezygnacji z obecności w biznesie: skoro tak poważnie się pomylili w ocenie Dawida Pałki, to ich reputacja w gruzach legła, odbudować się już jej nie da.

Aż strach się bać, gdyby… TechPL zabrało głos

Ponad rok temu donosiliśmy na cyfrowych łamach naszego serwisu o powstaniu TechPL – czyli oddolnej inicjatywy co bardziej ambitnych prezesów stowarzyszeń, firm, spółek, którzy postanowili zjednoczyć siły i razem stać się głosem founderek, founderów, innowatorów, wynalazczyń. Wywiady z nimi robiliśmy, nawet nagrodę przyznaliśmy – Kreatora w kategorii „Integracja społeczności”. Za co? „Za skuteczne zjednoczenie środowiska startupów, nauki i kapitału”. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że owszem, doszło do skutecznego zjednoczenia, ale przede wszystkim w kontekście zjednoczenia się zarządu tej organizacji – rozumianego jako ukonstytuowanie się organu.

Bo trudno dostrzec inne ważkie inicjatywy, skierowane bardziej na zewnątrz i podejmowane z myślą o ludziach czy organizacjach nie zasiadających w zarządzie TechPL. Nawet ostatnie wybory nowych władz, będące przecież znakomitym pretekstem do podsumowania rocznej działalności, nie przyniosły nic konkretnego. Może poza wzmianką, że przez 12 miesięcy TechPL wystosował do polskich instytucji, agend, organów władzy łącznie 39 pism.

Z myślą o Was próbowaliśmy u źródeł dowiedzieć się, jak przebiegała premierowa kadencja tej parasolowej organizacji – może coś umknęło naszej uwadze, może wiele ważkich sukcesów TechPL nie doszło naszych uszu. Niestety, zaproszenie do rozmowy wystosowane 8 września i ponawiane kilkukrotnie wciąż nie doczekało się odpowiedzi ze strony nowych władz.

Gdyby tak jednak TechPL zabrało wreszcie głos, gdyby tak ryknęło donośnie, mielibyśmy w ekosystemie prawdziwego potwora. Godzillę, która nie widzi przeszkód, by przeć do swego celu, bezlitośnie rozprawiając się przeciwnikami – czy to ziemskimi, czy tymi z innego wymiaru. Godzillę, która naładowana jest atomową mocą, a przez to zdolną do kształtowania rzeczywistości i będącą postacią, której nie sposób zignorować. Wciąż na to czekamy, na to przebudzenie potwora i jego ryk niosący się po ekosystemie. Czekamy cierpliwie, wszak wiemy, że i filmową Godzillę ciężko było zbudzić.

Aż strach się bać, gdyby… ElevenLabs wyznał prawdę o swoich korzeniach

Jest kilka filarów, na których stoi cały ten nasz ekosystem. To one przesądzają o jego stabilności, ale też pozwalają mu rosnąć, piąć się w górę, prężyć muskuły i dobrze wypadać na tle sąsiednich ekosystemów z Europy Środkowo-Wschodniej. Jednym z filarów jest hasło, że Polska ma najlepszych inżynierów, kolejnym – fakt, że Polacy mają w genach przedsiębiorczość (tudzież wysysają ją z mlekiem matki), a jeszcze innym – to, że Polska dała światu ElevenLabs, pięknego jednorożca, który bez obaw mógłby stanąć w boksie obok najokazalszych arabów hodowanych w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim.

Czytaj także: Syntetyczny głos warty 22 miliardów dolarów: ElevenLabs podwaja swoją wycenę

Tyle że może przyjść taka chwila, że trzeba będzie wstrzymać konie. Krzyknąć głośne „prrrrrrr”, a może i lekkuchno z bata strzelić. To byłby dzień, w którym Mateusz Staniszewski oraz Piotr Dąbkowski mówią, że ElevenLabs jednak nie jest polską spółką. Że dementują pogłoski, jakoby ElevenLabs z Polski się wywodziło, jakoby tutaj miało swoją siedzibę, jakoby Polsce zawdzięczało swój sukces.

Grobowa cisza zapanowałaby w Warszawie, w Poznaniu, we Wrocławiu. Przez polskiego LinkedIna przeleciałby wiecheć grozy, znany z filmów o kowbojach i bizonach. Bo na takie oświadczenie nikt nie miałby mocnego kontrargumentu. Bo tak naprawdę wszyscy wiemy, jak jest. To prawie jak w baśni Jana Christiana Andersena o szatach cesarza. A raczej o ich braku.

I gdyby tak Mateusz & Piotr stanęli w prawdzie, wyciągnęli te niewygodne fakty na światło dzienne, to polski ekosystem pogrążyłby się w ciemności. Z hukiem ległaby narracja, tak ochoczo powtarzana na eventach, w raportach, pompująca statystyki megarund etc., etc., etc. I dopiero na tych zgliszczach trzeba byłoby budować od nowa tę naszą historię.

…

Weźmy głęboki oddech. To już koniec. Żadna z powyższych historii się nie wydarzyła.

…

Jeszcze.