Czy przyszły founder powinien… wagarować? O różnych sposobach nauki przedsiębiorczości

Dodane:

Przemysław Zieliński Przemysław Zieliński

Czy przyszły founder powinien… wagarować? O różnych sposobach nauki przedsiębiorczości

Udostępnij:

Czy w świecie startupów, AI i nieustannej zmiany formalna edukacja jest już tylko punktem startu, a prawdziwa, praktyczna edukacja odbywa się gdzie indziej: w projektach, społecznościach, pracy, networkingu, własnych błędach?

Odpowiedzi na to pytanie postanowiliśmy poszukać… w świecie startupów, AI i nieustannej zmiany. Bo gdzieżby indziej? Temat, który chcieliśmy omówić z naszymi rozmówcami to nie tylko okolicznościowe nawiązanie do Dnia Wagarowicza. Oczywiste jest, że świat pracy przyspiesza, a kompetencje szybciej się dezaktualizują. PARP w styczniu 2026 r. pisał wprost, że edukacja musi nadążać za dynamicznymi zmianami, a wśród kluczowych kompetencji na najbliższy czas wymieniał adaptacyjność, myślenie krytyczne, biegłość cyfrową i inteligencję emocjonalną. Z kolei World Economic Forum wskazuje, że do 2030 r. szczególnie rosnąć będzie znaczenie kreatywnego myślenia, odporności, elastyczności, zwinności oraz uczenia się przez całe życie. OECD od kilku lat podkreśla zaś wagę sprawczości ucznia i umiejętności samodzielnego poruszania się w nieznanych kontekstach.

Na potrzeby tego tekstu zebrałem komentarze osób z bardzo różnych światów: technologicznej społeczności, HR, startupów, edukacji alternatywnej i programów rozwijających przedsiębiorczość. Ich odpowiedzi układają się w dość spójny obraz. Szkoła i studia wciąż są ważne, ale coraz rzadziej wystarczają same.

Dyplom daje fundament. Nawigację dają ludzie, praktyka i środowisko

Najmocniej wybrzmiewa to w komentarzach Anity Kijanki, właścicielki Come Creations Group i współtwórczyni Strong Women in IT. Z jej perspektywy „wyjście poza system” nie oznacza odrzucenia edukacji formalnej. Oznacza raczej świadome uzupełnianie jej o to, czego nie zdąży dostarczyć program studiów: mentoring, relacje, wspólne projekty, rozmowy z ludźmi, którzy przeszli już podobną drogę.

To dobrze koresponduje z szerszym obrazem rynku. OECD opisuje nowoczesną edukację nie jako przekazywanie stałego zestawu treści, lecz jako budowanie kompetencji, które pozwalają samodzielnie wyznaczać kierunek i odnajdywać się w nieprzewidywalnym świecie. Z kolei w raporcie Eurydice o nauczaniu przedsiębiorczości w Europie podkreślono, że przedsiębiorczość jest jedną z ośmiu kompetencji kluczowych UE, ale jednocześnie tylko część systemów edukacji ma osobne strategie w tym obszarze, a mniej niż połowa wdrożyła regulacje lub programy wspierające nauczycieli w nauczaniu przedsiębiorczości. Innymi słowy: Europa uznaje przedsiębiorczość za ważną, ale szkoła nadal nie wszędzie umie jej uczyć równie skutecznie.

Kijanka mówi o tym zresztą z podwójnej perspektywy: osoby z rynku i osoby, która sama była częścią świata akademickiego. W jej ocenie uczelnie mają ogromną wartość, ale strukturalnie trudno im nadążyć za tempem technologii i biznesu. Programy zmieniają się wolniej niż rynek, a praktycy często aktualizują wiedzę „wbrew systemowi, nie dzięki niemu”. Ta obserwacja nie jest odosobniona. W wielu tekstach publikowanych przez MamStartup podobny wątek wraca regularnie: studia bywają cenne, ale o ich wartości coraz częściej decyduje nie sam program, lecz to, czy student wykorzysta ten czas na budowę relacji, praktykę i sprawczość.

Rekruterzy patrzą coraz mniej na sam dyplom, coraz bardziej na dowody działania

Ten sam proces widać z perspektywy rynku pracy. Aleksandra Pszczoła-Henning z Bee Talents nie deprecjonuje wykształcenia. Przeciwnie. Nazywa je wartością. Ale jednocześnie podkreśla, że dzięki szerokiemu dostępowi do alternatywnych ścieżek edukacyjnych kandydaci mogą dziś dużo elastyczniej budować swoją drogę: łączyć uczelnie, kursy, bootcampy, własne projekty i praktykę.

W jej ocenie pracodawcy najmocniej reagują dziś na realne doświadczenie. Podobnie mówi Katarzyna Szudy z HR Contact: dyplom nadal bywa pierwszym filtrem, zwłaszcza w zawodach regulowanych, naukach ścisłych czy dużych organizacjach, ale w branżach szybko zmieniających się przewagę daje portfolio, próbki pracy, rekomendacje, konkretne projekty i mierzalne rezultaty. Kandydat, który „zaryzykował” i zbudował coś własnego, potrafi pokazać produkt, proces i wynik, bywa atrakcyjniejszy niż osoba z perfekcyjnie uporządkowanym CV akademickim, ale bez praktyki.

Te opinie dobrze wpisują się w dane przywoływane przez PARP i WEF: skoro rosnąć ma znaczenie adaptacyjności, krytycznego myślenia, cyfrowej biegłości, kreatywności i odporności, to naturalne jest, że pracodawcy chcą widzieć nie tylko formalne potwierdzenie nauki, lecz także dowód, że kandydat umie działać w środowisku zmiany.

W tym sensie „wagary rozwojowe”, o których mówi część moich rozmówców, mogą być przewagą konkurencyjną. Ale tylko wtedy, gdy nie oznaczają one chaosu. Pszczoła-Henning trafnie zaznacza granicę: szerokie, generalistyczne doświadczenie działa na korzyść kandydata wtedy, gdy układa się w logiczną całość. Jeśli ścieżka jest całkowicie przypadkowa, rynek zaczyna zadawać pytania o spójność, motywację i dyscyplinę.

Pokolenie Z: w systemie problemem nie jest tylko program, ale także czas

Najostrzej formalny system ocenia Julia Wojtkowiak, założycielka startupu Nieszkoła w Twoim domu. Jej perspektywa jest inna niż pozostałych: to głos osoby, która nie tylko krytykuje tradycyjny model, ale faktycznie zbudowała swoją ścieżkę obok niego.

Wojtkowiak nie mówi jedynie, że szkoła „nie nadąża”. Founderka idzie dalej: twierdzi, że system często nie zostawia młodym ludziom ani czasu, ani energii na rozwijanie przedsiębiorczości na własną rękę. To warte podkreślenia przesunięcie akcentu w tej dyskusji. Zazwyczaj w kontekście edukacji mówi się głównie o treściach programowych. Julia zwraca uwagę na coś bardziej podstawowego: nawet najlepszy uczeń, jeśli oddaje systemowi większość dnia, ma ograniczone możliwości eksperymentowania, budowania projektów, poznawania siebie i uczenia się przez działanie.

Jej własna historia stała się zresztą częścią szerszej dyskusji w polskim ekosystemie. Aleksandra Janik w swoim tekście opisywała Nieszkołę jako alternatywę dla tradycyjnego modelu szkolnego, opartą na indywidualnym podejściu, mentoringu i rozwijaniu pasji. Niezależnie od tego, jak ocenia się edukację domową jako rozwiązanie systemowe, przypadek Wojtkowiak pokazuje coś ważnego: część młodych founderów nie chce już jedynie „dokładać” edukacji nieformalnej do szkoły.

Z jej opowieści płynie jednak także ostrzeżenie dla tych, którzy zbyt ochoczo romantyzują mityczne „wyjście z systemu”. Moja rozmówczyni przestrzega mianowicie, że nie jest to droga dla każdego. Działa wtedy, gdy za wolnością stoi samodzielność, zdolność organizacji własnej pracy i gotowość do wieloletniego inwestowania czasu w konkretny obszar. Sama Wojtkowiak opisuje swoją drogę i osiągnięty cel jako efekt setek przeczytanych książek, działalności społecznej, rozwoju artystycznego i pisania. To nie jest narracja o łatwym skrócie. To narracja o przeniesieniu ciężaru z instytucji na własną dyscyplinę.

Founderzy, produktywne wagary i elegancka prokrastrynacja

Bardzo praktyczny wymiar tej dyskusji wybrzmiewa w komentarzach Damiana Wielechowskiego i Jana Follendorfa z Commly. Ich opowieść rozbija prosty stereotyp „studia albo startup”. Jan Follendorf nie neguje wartości formalnej edukacji. Przeciwnie, mówi o solidnych podstawach: finansach, modelach biznesowych, księgowości. Zaznacza też, że studia potrafią pomóc wejść do środowiska, które dopiero umożliwia rozwój realnych kompetencji.

Jednocześnie obaj zgodnie podkreślają, że prawdziwa nauka przyszła w praktyce. Wielechowski mówi wręcz, że w startupie jeden tydzień potrafi nauczyć więcej niż semestr. To zdanie brzmi efektownie, ale stoi za nim bardzo konkretne doświadczenie: zarządzanie niepewnością, skalowanie, sprzedaż, reagowanie na zmianę, rozmowy z klientami, weryfikacja potrzeb rynku. To właśnie tych elementów najtrudniej nauczyć się w warunkach czysto klasowych.

Ich komentarze dobrze uzupełniają wnioski z raportu opisywanego przez MamStartup i przygotowanego przez InCredibles oraz dr. Kamila Matuszczyka z Uniwersytetu Warszawskiego. Z badania wynikało, że ukończenie studiów wyższych nie jest jedyną drogą do profesjonalnego rozwoju w świecie startupów i że sukces biznesowy można osiągnąć także bez formalnego wykształcenia. To nie znaczy, że dyplom stracił znaczenie. Bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że przestał być jedynym wiarygodnym sygnałem kompetencji.

Szczególnie cenna jest uwaga Follendorfa o granicy między produktywnymi „wagarami” a elegancką prokrastynacją. Test jest prosty: czy to, co robisz, realnie przybliża cię do rynku? Jeśli rozwijasz MVP, ale nie rozmawiasz z klientami, nie sprzedajesz i nie sprawdzasz, czy ktoś w ogóle tego potrzebuje, nie uczysz się przedsiębiorczości. Uczysz się raczej racjonalizować własne uniki.

Edukacja nieformalna nie musi być buntem. Może być sensowną warstwą nad szkołą

Tę bardziej wyważoną, hybrydową perspektywę wnosi Karolina Różyńska ze Startup Academy. Jej zdaniem trudno dziś wskazać jedną „lepszą” ścieżkę. Rynek pracy zmienia się zbyt szybko, by uczciwie twierdzić, że edukacja zawodowa albo akademicka sama w sobie lepiej przygotowuje do przedsiębiorczości. Kluczowe jest co innego: czy młody człowiek ma przestrzeń do działania, testowania pomysłów, eksperymentowania i uczenia się na błędach.

To nie jest tylko intuicja. Programy takie jak „Startup dla zawodowców” są zbudowane właśnie na tym założeniu. Jak opisuje Startup Academy, uczestnicy dowiadują się, jak tworzyć model biznesowy, pracują w zespołach, korzystają z mentoringu i prezentują projekt podczas gali finałowej. Konkurs jest skierowany do uczniów szkół branżowych i techników, a więc do grupy, którą często pomija się w stereotypowych opowieściach o startupach.

Różyńska wskazuje, że poza szkołą szczególnie szybko rozwijają się inicjatywa, samodzielność, podejmowanie decyzji i radzenie sobie z niepewnością. To znowu dobrze współgra z oficjalnymi analizami. OECD wiąże adaptacyjność z sukcesem przedsiębiorczym, a WEF i PARP pokazują, że elastyczność i gotowość do zmiany stają się centralne na rynku pracy. Nie chodzi więc o to, by edukację nieformalną przeciwstawiać formalnej, lecz by zobaczyć, że część kluczowych kompetencji przedsiębiorczych rozwija się najpełniej dopiero wtedy, gdy młody człowiek dostaje realny problem, realną odpowiedzialność i realnego odbiorcę.

Polski ekosystem już próbuje łączyć oba światy

Co ciekawe, polski ekosystem nie stoi tu w miejscu. MamStartup w ostatnich miesiącach opisywał zarówno programy inkubacyjne, które pozwalają studentom weryfikować pomysły pod okiem mentorów, jak i coraz bardziej praktyczne kierunki studiów dla founderów. Nasz tekst o SGH Ventures podkreślał, że sama uczelnia nie zawsze daje przestrzeń do sprawdzenia się w zarządzaniu i budowie zespołu, ale tę lukę mogą wypełniać koła naukowe, organizacje studenckie i inkubatory. Z kolei Startup Excellence, prowadzony przez Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu i inQUBE, reklamowany jest jako program oparty przede wszystkim na praktykach, founderach, inwestorach i środowisku, a nie „typowo akademickiej kadrze”.

To chyba najciekawszy moment całej debaty. Coraz mniej sensowne staje się pytanie: szkoła czy edukacja nieformalna? Znacznie sensowniejsze brzmi: jak zbudować model, w którym szkoła nie tłumi sprawczości, a edukacja nieformalna nie zamienia się w chaos?

Ocena na świadectwie? Ani kult dyplomu, ani kult antysystemu

Z wypowiedzi wszystkich rozmówców wyłania się wspólny wniosek. Umiejętności biznesowych nie da się dziś skutecznie uczyć wyłącznie w szkole. Ale równie nieprawdziwe byłoby stwierdzenie odwrotne: że formalna edukacja nie ma już znaczenia.

Szkoła i studia nadal potrafią dać fundament: język, strukturę, podstawy analityczne, kontakt z ludźmi, czasem prestiż i instytucjonalne otwarcie drzwi. Problem w tym, że to za mało, jeśli nie towarzyszą im doświadczenie, środowisko, praktyka i ciągłe samouczenie. W świecie startupów liczy się przecież nie tylko to, co wiesz, ale też czy umiesz działać pod presją, zbudować relację, sprzedać pomysł, wyciągnąć wnioski z porażki i szybko nauczyć się czegoś nowego.

Anita Kijanka mówi o tym jako o budowaniu własnego systemu wsparcia. Aleksandra Pszczoła-Henning i Katarzyna Szudy pokazują, że rynek nagradza dziś nie tyle samą obecność w edukacji, ile mierzalne dowody kompetencji. Julia Wojtkowiak przypomina, że bez czasu i przestrzeni na własny rozwój trudno w ogóle mówić o przedsiębiorczości. Damian Wielechowski i Jan Follendorf dodają, że rynek bywa najlepszą salą wykładową, o ile naprawdę wystawia się głowę za drzwi. Karolina Różyńska proponuje najtrzeźwiejszy kompromis: uczyć się i równolegle testować.

Może więc najuczciwsza odpowiedź brzmi tak: przedsiębiorczości nie trzeba uczyć się tylko w szkole. Ale też nie warto uczyć się jej wyłącznie poza nią. Najwięcej zyskują dziś ci, którzy potrafią potraktować formalną edukację jako fundament, a nie sufit.